I na tym koniec, bo Matka ma lekko dosyć. Wczoraj zasuwała z kurczakiem, więc nie była taka straszliwie głodna, ale dzisiaj po jabłuszku i kiwim to szczerze mówiąc, nie za ciekawie jest. A tu zaraz odsiadka na lekcjach w szkole a potem jeszcze Matki szkółka weekendowa.
Ale za to na stole stoi sobie wielki ananas, jak pocisk przeciwpancerny i Matka go za chwil parę opracuje dobrzusznie.
A potem pogna wchłaniać wiedzę.
A jutro…
A jutro…
A jutro sobie zrobi na śniadanie bułeczkę.
Z dżemikiem.
Maryśka dziś wstała bladym świtem, bo o siódmej rano. Zaburzyła cały Matki plan dnia, bo wsadzała nos w garnki i Matka nie zdążyła jej zrobić kurczaka w potrawce.
Kiedy więc Matka padła na krześle i zjadała pierwsze jabłko – Potworek wziął nocnik i udał się na półpiętro.
-„A co ty tam będziesz robiła?” – zdziwiła się Matka
–„To co zafse!”– wzruszyła ramionkami Maryśka –„Tyjko wesjam, zeby ciem jepiej widzieć!”
No tak. Matka jedząca od rana tylko jabłko to musi być niezły widok.
Albo mina Matki do tego jabłka…
Czym się bawią dorośli
Matka zaczęła w poprzednim wpisie o przygotowywaniu kasy na srebro i tak wpadła w dygresje, że zapomniała, o napisaniu zupełnie o czym innym!
Bo rozmieniała gruba kasę na cieńszą z racji tego, że MiaUżon akurat był wyposażony, bo szedł do firmy rozliczać się ze spisanych ubezpieczeń.
Stali w kąciku i rozmieniali, zmieniali zdanie i znów rozmieniali.
Janeczka tymczasem wpychała pospiesznie śniadanie.
Tornister leżał szczęśliwie już spakowany, segregator z karteczkami przygotowany. Odkąd Janeczka dostała od Matsy karteczki sprzed kilku lat, jej akcje na rynku bardzo wzrosły. Posiada bowiem egzemplarze archiwalne, no białe kruki po prostu.
Matka z MiaUżonem liczyli więc w kącie a Janeczce oczy wychodziły z orbit, kiedy usiłowała, nie ruszając się z krzesła, zajść ich nimi od tylu. Nie dawało się.
-„Co wy tam robicie?” – dopytywała się natarczywie.
Matka z MiaUżonem musieli wtedy zaczynać liczenie od początku, więc nie odpowiadali, bo późno było, jak smok.
-„Czym oni tak szeleszczą?” – mruknęła sama do siebie Janeczka.
Nagle kulka Pomysłowego Dobromira uderzyła ją w sam środeczek głowy.
-„No mam!!! Oni też wymieniają się karteczkami!!! Słuchajcie!” – Potwór odwrócił się w strone rodzicieli -„A Z CZYM dorośli mają karteczki?”
I Matka zastanowiła się, czy jak powie Janeczce, że dorośli mają z królami, to ona uwierzy…?
Chyba JESZCZE tak…
Waga powietrza
Matka sprawdziła dziś stan kasy domowej. Zwykle jej nie ma, bo Matka woli operować plastikiem, ale w sytuacji, kiedy czeka na paczkę, być musi.
I Matka pęka z ciekawości, czy przyjedzie jej ulubiony pan. Bo pan to juz przyjeżdża wyłącznie chyba ze względu na Matkę. I zupełnie nie z powodu atrakcyjności Matki, która to jest wręcz przeciwnie. No, własnie. Zostawmy temat.
Pan to zaczął Matce dostarczać te paczki i jak przychodzi co do czego, to Matka słyszy dzwonek do drzwi a na wycieraczce stoi człowieczek w pirueciku.
Tak go skręca.
-„Dzień dobry pani!” – mówi pan
-„Nic z tego!” – Matka na to.
-„Oj, pani to jest…”
I Matka rozlicza się z panem a ten wychodzi, odwracając się co chwila i rzucając Matce spojrzenia wywalanego do przedpokoju spaniela.
Bo kiedyś Matka złapała jakąś większą robotę. W tej sytuacji opłaca się zamawiać materiały wysyłkowo i Matka to uczyniła.
Kwota pobrania była straszliwa dosyć, bo koło dwóch tysięcy dziesięć lat temu. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby paczka nie ważyła dziesięć deko i to głównie ze względu na kartonik…
Matka rozliczyła się z panem, pogadali sobie bardzo miło i pan wyszedł.
A samochód z Poczty jak nie odjeżdżał, tak nie odjeżdżał.
Po chwili Matka usłyszała dzwonek do drzwi. No nic, tylko się machnęli na pieniądze.
Ale nie. Za drzwiami stał pan i wyłamywał sobie wszystkie dwadzieścia palców. W otwartej pace samochodu jeżyły się łebki trzech panów.
-„Wie pani co?” – odchrzaknął pan, zmieszany, jak nie wiem – „Ja to bym miał do pani taką prośbę. Bo my z kolegami…” – tu pan odrócił się do tyłu i posłał kumplom błagalne spojrzenie- „bo my z kolegami to zaraz padniemy z ciekawości, co jest w tej paczce, że waży nic a kosztuje tak drogo. Powie nam pani?”
Matka otworzyła paszczę.
-„Nie mogę…” – i zamknęła.
-„Tak myślałem…” – wystękał pan i poczłapał do auta.
A teraz przyjeżdża do Matki za każdym razem z nadzieją, że Matka puści jednakowoż farbę. A Matka nie puści, bo jak wiadomość trafi do ucha jakiegoś niezbyt rozgarniętego człowieka, to gotów obrobić Matce chałupę i w dodatku nie znaleźć tego, po co przyszedł.
Bo Matka za ten pieniądz kupuje dwadzieścia książeczek płatkowego złota. Ma to wymiar 8 X 8 cm i waży w sumie jakieś 10 gramów.
A do ręki tego wziąć się nie da, bo zaraz się zwinie w maleńką kuleczkę.
O! A teraz Matka czeka na srebro w płatkach. Może pana już tak nie zaciekawi, bo paczka będzie miała większe rozmiary? Tak 9,5 x 9,5 cm?
Ale wagę też 10 gramów…
Coś Matce mówi, że jednak zobaczy za dni kilka znów piruecik w wykonaniu pana…
Dzień czwarty – kurczak
Matka od rana przyrządziła sobie już kurczaka.
Wyjęła go z lodówki, znaczy się. Wczoraj wieczorem ugotowała go razem z jakimiś znalezionymi w lodówce marchewkami i porem i do rana dała pływać.
Teraz dorzuciła trzy liście sałaty i zalała winegretem z dwóch łyżeczek oliwy. Trudno. Przeciez kilograma piersi nie wrąbie przez cały dzień, mowy nie ma.
Tym bardziej, że dziś dzień pracowity – czytaj – nic nie zrobisz, bo co chwila jakaś atrakcja.
Najpierw Matka z MiaUżonem jada na wizytę do psychologa. Za momencik.
Następnie Matka gna kupić trawę. Musi.
Potem pędzi na jedną lekcję do szkoły.
Po godzinie, z którą nie bardzo wiadomo, co zrobić, idzie na radę pedagogiczną. Z własnej, nieoprzymuszonej woli.
I w tym momencie ci, którzy na rady chodzą z musu, pukają się w czoło. Dobrze, dobrze! Matka po dzisiejszym dniu też zacznie. Zapewne.
A wieczorem przyjedzie magik z areatorem elektrycznym i przejedzie nam po trawniku. Matka magika uprzedziła, że to, co on zastanie w miejscu trawnika nie jest nim, czyli trawnikiem. Znajduje się tam głównie ziemia, udeptana jak skała. Co kilkanaście centymetrów rośnie rachityczne ździebełko trawy. Matka zapytała nawet, czy pan nie wyraziłby ochoty na przyjechanie za jakiś miesiąc, kiedy pięknie zażółciłyby się mniszki i pojawiła koniczyna…
No pan nie chciał…
A może dobrze, bo jeszcze MiaUżon po raz kolejny posypałby trawę środkiem na rozkrzewianie. I wtedy, po dwóch dniach od zabiegu, trawnik zmienia kolor na żółty plackowaty a następnie na czarny, i stan ten trwa aż do przyszłego roku. Bo i teraz mamy wyłysiałe place od porostu. Porostu trawy.
No rośnie nam cholera tak intensywnie, że aż zanika.
A może rośnie szybciej od światła?
Nie-teatr
Janeczka od świtu siedziała dziś w kolejce do dentysty. Matka liczyła na to, że będzie tym razem plomba i nie pomyliła się.
MiaUżon spieszył się bardzo, bo przed dziesiatą klasa Janeczki wyjeżdżała autokarem do teatru, który z wiadomych względów nie funkcjonował 4 kwietnia. Zdążył.
Kiedy Matka przyjechała po Potwora do świetlicy, nie omieszkała zapytać, jak sie podobało mu w teatrze.
-„Pięknie było! No pięknie!” – prychnęła Janeczka zatrzaskując drzwi od hopelka.
-„Ojej, co to? Znowu były tańce ludowe?!”
-„A nie, nie! WCALE nie było teatru! Za dwa miesiące idziemy!”
Matka struchlała, że ktoś coś pokręcił.
-„Pani pomyliła datę?”
-„Nieee” – Janeczka oklapła w końcu, bo w samochodzie był upał -„aktor zachorował…”
Uff…A Matka juz myślała, że jej się coś kompletnie pokićkało!
Dzień trzeci – biały ser
Matka chyba się starzeje. No koniec świata, na twaróg patrzeć nie może!
Bo z ta dietą to jest tak, że trzeba kupić chudy. A chudy najczęściej bywa byle jaki. I Matka na taki trafiła, psiakość!
Teraz go wpycha pomalutku, ale suchy jest taki i kwaśny, że nic, tylko Matka chodzi i parska okruchami!
A zaraz jedzie kupić na jutro kurczaka i sobie go ugotuje razem z jakąś kostką rosołową (kurczak nie wie, że tak się nie powinno). A jutro wrzuci do niego trochę sałaty i poleje łyżeczką winegreta.
W końcu ciała lotne nie czytają blogów, no nie?
Każdy kurczak mógł się poślizgnąć na jakimś rozlanym, z pierwszego tłoczenia i wpaść w grządkę z sałatą!
A że Matka wrzuciła go razem z tymi przypadłościami do jednej miski to jest inna sprawa.
No najwyżej schudnie pięć deko mniej, ale za to przyjemniejsze to będzie!
Potęga telewizji ?
Maryśka od rana ma problemy wielkiej wagi. Cały czas ogląda w telewizji papieża i zmieściło już się w jej małej główce, że Ojciec Święty nie żyje. Znaczy się – mówi, że papież umarł, nie żyje itp.
Matka nie sądzi jednak, żeby niespełna trzylatek mógł pojąć do końca istotę sprawy. Ba, zrozumieć cokolwiek.
Ale przyznać trzeba, że Maryśka się stara.
Spojrzała dziś na Matkę bladym świtem, co nie było zbyt trudne, jako, że spała z nami znów od północy.
–„Mamujku, powiedz, papieź nie zije?”
-„Nie żyje” – westchnęła Matka
–„To znaci zie umaj?”
-„To znaczy, że umarł”
–„A po co?” – Maryśka zadała pytanie uniwersalne, które bywa „pocem”, jak i „dlaczegiem”.
-„Wiesz, był już bardzo, bardzo chory” – starała się wytłumaczyć Matka
–„Ahaaaaa” – zasmucił się Potworek, ale zaraz w oku zabłysła mu iskierka nadziei – „A na gózie?”
-„Co – na górze?” – spytała Matka, myśląc, że Potworkowi chodzi o niebo.
–„No, na stjichu! Tam teź stoi tejewizoj.Chodź, pójdziemy. Mozie TAM papieź… nie umaj?”
Taka mała, a już wierzy w potegę telewizji.
Jakby to pięknie było, gdyby było możliwe…
Jak pięknie…
Tylko dziecko może wpaść na coś podobnego.
Botanicznie
Z serii – zadane na jutro. Janeczka zapowiedziała przed pójściem spać, że na jutro należy przynieść doniczkę, ziemię i nasionko – na przykład grochu.
Matce przypomniało się po kilku kolejnych godzinach i zaszperała w piwnicy. Zamiast doniczki wyciągnęła opakowanie po błyskawicznym daniu Winiar (jak się okazało ziemniaki z cebulką i skwarkami – no Matka takie rzeczy potrafi jadać okazjonalnie i nie zastanawia się wtedy co mają w środku), bo przynajmniej nie mam dziurek na spodzie i Matce nie grozi, ze Janeczka zaleje dwa piętra w szkole.
A potem Matka zagrzebała w szafce, bo groch to ma zawsze. Potwory polubiły grochóweczkę a i na Wigilie do kapusty też się kupuje.
Groch był.
Łuskany…
Matka rzuciła się do piwnicy w poszukiwaniu czegoś innego. Znalazła dalie sprzed trzech lat, chryzantemy sprzed dwóch i mieczyki jakieś na oko pięcioletnie. Po krótkim namyśle Matka odsiała pomysł zapakowania Janeczce czegokolwiek z tych wykopalisk i zagrzebała pod szafą w celu odszukania nasion niedosprzątanych.
Były!
Biorąc pod uwagę bałaganiarstwo Matki – zawsze mozna liczyc na jakieś cenne znalezisko!
I w taki oto sposób Matka wyturlała spod regału cztery nasiona fasoli ozdobnej. Nasiona wyglądały nie do końca zachęcająco, ale Matka nosi soczewki i ma prawo tego nie zauważać.
Wtryniła je więc do wody na noc, żeby trochę się rozruszały i przykazała Janeczce, żeby w klasie zasadziła tylko jedno.
Bo jakby wyrosły cztery, to będzie jak na horrorze, tylko Matka nie pamięta na jakim, bo go wyłączyła, dziecięciem będąc, jak już jakieś rośliny włazily ludziom przez okna…
Potem to człowiek nawet stokrotek się boi…
Niewodoodporny szaliczek
Matka wróci do Poniedziałku Wielkanocnego, bo jej się coś przypomniało.
Maryśka, jak zwykle przechadzała się gdzieś po kościele. Nie rzucała się za bardzo w oczy, bo ludzi było więcej, niż zwykle. Pogoda byla piękna, więc, ku utrapieniu Matki, drzwi od kościoła otwarto. Fakt sam w sobie bardzo logiczny, bo kościół wietrzyć należy, zwłaszcza, kiedy na dworze cieplej, niż we wnętrzu. Niestety oznaczało to pielgrzymki Potworka w terenie…
Matka stanęła więc w drzwiach i jak Cerber broniła wyjścia…
Po pewnym czasie Maryśka dała sobie spokój i wpakowała się Matce na ręce. Siłą rzeczy patrzeć musiała na to, co przed kościołem sie dzieje.
A były tam pustki. Do czasu.
-„A co te chjopaki tu jobiom?” – zaszeptała Matce do ucha.
-„Jakie znowu chłopaki? Nie ma nikogo!” – odszepnęła Matka, która dopiero co się odwracała i miała najświeższe wiadomości.
-„Som chjopaki!” – zapiszczał Potworek –„I majom wiadja!”
Tu Matce lekko nogi się ugięły.
Wykręciła jedno oko do tyłu. Drugiego już nie musiała. Pod schodami kościoła stało może z piętnastu młodzianów, każdy uzbrojony w trzy wiadra. Pełne. Wody.
–„Pojejom nas?” – z ust Maryśki padło pytanie, którego Matka za bardzo usłyszeć nie chciała.
-„Nie, no skąd! Nie poleją, coś ty!” – załgała Matka trzęsącym się głosem.
–„No jasne, ze nie pojejom, Mamujku!” – pisnął znów Potworek -„Pseciez by mi pomocyli niechconcy salicek!!!”
O! Na przykład…
Dzień drugi- marchewka
Matka wybrała sobie zły moment na zrzucanie wagi…
A tak naprawdę to po prostu kupiła fatalne ziemniaki. Po piętnastu minutach od ugotowania robią się sine, żeby nie powiedzieć czarne.
Do tego dziś wypada dzień gotowanej marchewki. Pierwsza była niezła. Niestety druga i trzecia wylądowały w koszu. Gorzkie i paskudne.
Czeka Matkę wyprawa do sklepu po nowe zasoby. Może się skusi i kupi taka malutką, mrożoną z Hortexu? Droga, bo droga, ale coś zjeść trzeba.
Tymczasem w lodówce czeka już chudy twaróg na dzień trzeci…
I chodzi Matka trochę głodna i zła, przez pomarańczowy kolor.
Ale tylko trochę głodna, bo już się przestawiła. Jeszcze trzy dni i odzwyczai się od jedzenia, jak ten koń. Ale zaraz, zaraz! Czy koń zdążył, czy nie? Bo coś się Matce wydaje, że to drugie…
Matka zamierza za to zaraz zająć się robotą. Zamówi srebro w płatkach, doczyści fotele i zacznie je przeklejać. Ale pięknościowe są foteliki!
A od jutra kładzenie zaprawy i sajgon w domu.
A ze szlifowaniem to już zejdzie do piwnicy, bo nikt chałupy by nie poznał. Wystarczy, że Matka potem przez tydzień smarka kredą!
Dla pytających o szczegóły diety pięciodniowej – tu było