Hops

Maryśka dostała wczoraj od kuzynki Matki, paczkę Hopsów. Wyjadła te galaretkowate, po czym zaczęła niszczyć twarde.

Niestety – metody jedzenia landrynek Potworek ma dwie, obie mocno ryzykowne. Jedna polega na gryzieniu, aż ciarki przechodzą, druga na…

No właśnie. Ta druga.

Maryśka chwilę po otrzymaniu cukierka pojawia się jak duch, otwiera paszczę i, pokazując paluszkiem na otwór oznajmia:
-„Pojknejam!

Nie znaczy to wcale – ratujcie mnie! To znaczy – dawaj zaraz drugiego, bo to się nie liczy!

Matka litościwie daje kolejnego cukierka, potem znowu, ale za czwartym razem już nie wytrzymuje.

-„Znowu połknęłaś?”

„Pojknejam!” – kiwa głowa twierdząco Potworek.

-„A możesz mi powiedzieć, gdzie ten cukierek teraz jest?” – Matka zadaje pytanie za dziesięć punktów.

„Nie fjem!” – Maryśka na to, wzruszając ramionkami-” Cy JA jestem cukejkiem?”

Dzień pierwszy – kartofle

Matka zawiozła dziś Maryśkę do niani. Ostatni raz. Jutro już będzie normalnie.

A jak wróciła, to zorientowała się, że nie zjadła śniadania. Ponieważ kupowała, w tak zwanym brzydko, międzyczasie, bardzo kobiece artykuły, czyli papier ścierny, wodny, wszelkich gradacji oraz pięciolitrową bańkę Drewnochronu na płotki w ogródku, więc ściągnęła do domu grubo po 11.00.

I co zrobić z tak miło rozpoczętym dniem? No jak już się nie jadło tyle czasu, to jest świetna okazja, żeby zacząć dietę pięciodniową…

Matka otworzyła lodówkę, smętnym wzrokiem spojrzała na pół pięknego wiedeńskiego sernika, który wczoraj upiekła, potem wzrok jej padł na serki wiejskie i serek klinek. Przy serku klinku otucha wstąpiła w jej serduszko, bo na trzeci dzień serek biały się rąbie właśnie.

Pytanie – co zrobić, żeby serek dotrwał w lodówce a nie w brzuchu MiaUżona?

No chyba Matka podpisze…

Ten serek.

Wodoodpornym markerem…

A tymczasem ugotowała sobie kilogram ziemniaczków (ukłon w stronę krakusów), kartofli (ukłony dla reszty Polski) bądź pyr (kłaniamy się Poznaniowi) i zajada je sobie na drugie śniadanko. I zostawi na resztę dnia.

Bo na piąty dzień jej garderoba powiększy sie o kilka par spodni, co to wiszą w szafie i wyją.

I to jest dobra wiadomość!

Aha! Jak nie podpisze ziemniaków markerem, to Maryśka wszystkie zje…

No to do roboty! Żeby tylko nie był ten pisak różowy, bo i Janeczka do konsumpcji gotowa się dołączyć…

Na sen

Mieliśmy dziś z MiaUżonem nocny poligon. Kiedy położylismy się wieczorem do łóżka – Maryśka była uprzejma wstać. No, może wieczór to nie był, bo jakaś 0.30, ale oka żadne z nas jeszcze nie zamknęło.

Potworek pojawił się jak duch i zażyczył dostaczenia z łóżeczka swojej poduszeczki.

Następnie, ku ogromnej radości mamusi, przypomniało mu się o kocyku. Matka doda w tym miejscu, że już zdążyła donieść poduszeczkę i położyć głowę na posłaniu…

A potem to już Maryśka była tak nieuprzejma, że nie zasnęła w locie, co czyni w podobnych wypadkach, ale postanowiła bawić nas lekką rozmową.

Nie dało się. Starzy byli równie nieuprzejmi, tyle tylko, że w odwrotnym kierunku. Rozmawiać nie zamierzali.

Maryśka poczęła więc układać się do snu, czego skutkiem był ogromny huk, jaki wydał z siebie MiaUżon spadając na podłogę.

Dziecię ocknęło się natychmiast, również usiadło i potoczyło wzrokiem. Wzrok natknął się na tatusia.

„A ty, psepjasam, djugo tak beńdzies siedział???” – zapytał oburzony Potworek.

MiaUżona zatkało.

-„Przecież mnie zrzuciłaś z łóżka!”

„No to siem pojós znowu!” – zakończyła dyskusję Maryśka, rozpierając się bardziej na Miaużonowej poduszce.

-„Ale zajmujesz moje miejsce!”

Potworek obrócił sie na to i sprawnie ocenił wielkość kawałeczka materiału, wielkości znaczka pocztowego, który zwisał z poduszki.

„No ziajty! TU jest bajdzo duzio wojnej poduśki!!!”

Ojciec zamienił się w papier kancelaryjny i spoczął na trzech centymetrach łóżka.

-„Zaraz spadnę!” – zawołał rozpaczliwie.

„Nie spadnies!” – czule powiedziała Maryśka – „Nie spadnies, bo ja ciem beńdę tsymać!”

I małą łapkę, wyciągnąwszy do tyłu, ciasno zawinęła na szyi MiaUżona.

Miał do wyboru – albo się udusić, albo jakoś zasnąć.

Wybrał trzecie. Nie spał całą noc…

Nie-sadysta

Janeczka z Maryśką bawią się dziś na okrągło w dentystę.

Matkę ratuje przed leżeniem na łóżku z otwarta paszczą jedynie robienie obiadu. MiaUżon już nie ma tyle szczęścia.

Najlepszym fachowcem jest oczywiście – bywała u zębologa – Janeczka. Przytargała cały sprzęt, ułożyła Maryśkę na leżance i dawaj, leczyć.

Wiertarką został szlauch od betoniarki (przerażonych Matka informuje, że betoniarka jest plastikowym, słusznych rozmiarów samochodem, takim, jak to niedawno jeździły jeszcze z napisem Stalowa Wola), jajko wielkanocne do polewania wodą służyło tym razem do psikania powietrzem. Czym Janeczka Potworkowi grzebała w nieskazitelnym uzębieniu to już Matka wolała nie wnikać…

Po dłuższej chwili dziewczyny zamieniły się rolami.

Maryśka wykasowała z pamięci natychmiast czynności zbędne, bądź niemiłe.

„Otfós pascem” – zapowiedziała uprzejmie Potworowi.

Janeczka posłusznie przewietrzyła jamę. Ustną.

Maryśka wzięła do ręki chiński zestaw farbek, służący do malowania jajek.

„Śkoda casu na jakieś wiejcenie!!! Jaki kojoj pjomby pani sobie zycy?”

Janeczka życzyła sobie różowy.

Nie o to chodzi.

Jak Matka by chciała mieć dentystę z takimi poglądami…

Smutki

MiaUżon pojechał na chwilę z Janeczką do miasta a Matka wzięła się za obieranie kartofli.

Maryśka snuła się z kata w kąt i nie mogła sobie znaleźć zajęcia.

-„A chodź no, kochana, daj buziaka może mamie?” – zagaiła Matka

„Nie mogiem!” – westchnął Potworek, aż zajęczało – „Nie mogiem, bo jestem smutna!!!”

-„Smutna?” – zdziwiła się Matka – „A czemu?”

Maryśka znowy westchnęła ciężko:

„Tato mnie POSMUCIŁ…”


Tato posmucił? Tato? No, wróć no, tylko, MiaUżonie. Pogadamy…

Syreny

Matka z całą rodziną od rana patrzy w telewizor.

O dziesiątej za oknem zawyły syreny. Maryśka podbiegła do okna.

„Co tak tjombi?” – zapytała niezwykle zainteresowana

-„To syreny włączyli, bo zaczyna się pogrzeb papieża” – odrzekła Matka nie sądząc, żeby Maryśka cokolwiek pojęła.

„A gdzie one są?”

Matka właściwie to nie ma pojęcia, ale sądząc z odgłosów, to bardzo blisko.

-„Na ulicy” – odpowiedziała.

-„Ahaaa”– zadumał się Potworek – „To tak – nie widać, ale słychać?”

-„O, właśnie!” – ucieszyła się Matka i wróciła do telewizora

„Ojej, ojej! Widać je!!!” – zawołała nagle Maryśka, skacząc pod oknem radośnie – „Odjatujom!!!”

A Matka zdążyła zobaczyć jeszcze niknące w oddali stado szpaków…

Menu

Matka spruła dziś Maryśkę dopiero o wpół do dziesiątej. Wcześniej nie dało się za nic. Potworek nakrywał się kołdrą i chrapał, aż gwizdało. Ciekawe, co będzie wieczorem…

Matka posadziła Maryśkę w łazience koło zlewu, podała jej szczoteczkę do mycia zębów i wkładała ubranie. Właściwie to usiłowała wkładać, bo Maryśka za nic nie chciała być obsługiwana. Wszystko sama, sama i sama. Ciekawe, jak długo jej tak zostanie…

Matka za to od rana nie najlepiej się czuła, chyba ciśnienie poleciało w dół mocno. W głowie łupało, nic się nie chcialo i jeszcze w brzuchu coś pobolewało.

-„Co siem stajo?” – Potworek dojrzał, że Matka się skrzywiła

-„A nic” – machnęła ręką Matka -„tak mnie coś zabolało”

Maryśka odłożyła zaraz szczoteczkę z przejęcia:

-„W bziuchu?

-„Chyba tak, w brzuchu”- mruknęła Matka niechętnie

-„A mocno? – Potworek najwyraźniej był zafascynowany tematem

-„Nieeeee, tylko tak zakłuło” – Matka próbowała zbyć Maryśkę, bo było późno

Aaaaaa! – ucieszyła się Maryśka – „To nic takiego Mamujku! Tyjko zjadjaś kaktusa!!!”

Słownik Potworka

Matka zaraz znowu zawozi Maryśkę do niani, do domu. Niania ma jednak okresowe kłopoty ze zdrowiem. Nie wiadomo, czy to wpływ tych leków po przeszczepie, czy czego innego, w każdym razie dopada ją przypadłość, która uniemozliwa wyjście z domu i koniec.

Trzy, cztery dni z głowy.

Kiedy się polepsza, Maryśka jeździ do niani i buszuje w piaskownicy.

Kiedy Matka wczoraj wróciła z Potworkiem, zorientowała się, że pogadała sobie z nianią o wszystkim, ale nie o samopoczuciu. Postanowiła przepytać więc Maryśkę na okoliczność.

-„Kochana, powiedz, jak tam ciocia ze zdrowiem?”

„Ciocia?” – zakurzył z uszu Potworek –„Dobze!

-„Naprawdę dobrze?” – zdziwiła się Matka, bo przypomniało jej się, że niania była w dresie, czyli zdrowie bez szczególnej rewelacji być musiało. – „ale, co? Znów wymiotowała?”

„Tak, tak, wymiotowała!”– Maryśka pokiwała energicznie głową.

-„Ojej!” – przeraziła się Matka. Za chwilę przyszło jej jednak coś do głowy…

-„A powiedz no, jak wymiotowała, to co robiła?” – zapytała chytrze

Maryśka rzuciła Matce słynne spojrzenie numer pięć.

„No nojmajnie! Wymiotowaja duziom ściotkom papjochy z pokoju!!!”

Bez recepty

Matka dziś rano kichnęła sobie podczas ubierania Maryśki.

Potworek popatrzył uważnie.

„Ooooooo. Choja jesteś?” – zapytał

-„E tam, zaraz chora. Zakręciło mnie coś w nosie tylko” – odpowiedziła Matka, zgodnie z prawdą.

Ale Maryśka puściła to mimo uszu. W końcu jest z chorobami na bieżąco, bo właśnie kończy brać antybiotyk.

„A jekajstfo masz?” – zaświdrowała oczkami

-„Nie, nie mam” – odrzekła Matka, której naprawdę nic nie jest.

„No to musis iść do cioci Oli, mojej jekajki, po jeceptę!”

-„Noooo” – westchnęła Matka przeciskając ceberek Maryśki przez otwór wielkości znaczka pocztowego

„Aje ciocia jest jekajką tyjko dja dzieci!” – raczył zauważyć Potworek

-„No właśnie!” – zauważyła Matka

„Ojej…” – załamał łapki Potwirek – „To co ty, biedny mamujku tejaz zjobisz?


I Matka wytarła nos w chusteczkę, bez recepty, czym Maryśkę ostatecznie uspokoiła…