Przerwa

Matka wróciła.

I życie toczy się dalej.

Dziś przyjeżdżają dwa krzesła, które Matka będzie srebrzyć. Zaraz trzeba zacząć malować obraz. Jutro przejść się do szkoły na praktykę.

A za moment wakacje – a wtedy Matka „wisi” na ścianie i konserwuje.

Ale wczoraj była TA przerwa na zastanowienie się. Spotkała się cała rodzina. Niektórzy nie widzieli się nigdy w życiu.

Umówiliśmy się na zjazd w połowie drogi. Może sie uda. Musi.

Bo ważne jest mieć oparcie w rodzinie.

Albo mieć przyjaciela od serca.

I jednocześnie Matka wczoraj zauważyła, że jest jej bardzo dobrze, kiedy nie słyszy z telewizora i radia o aferach, gangsterach i innych przykrych rzeczach. Odejście Ojca Świętego wyciszyło media i zjednoczyło wielkie masy ludzi.

Czy zdarzyło sie coś takiego kiedykolwiek w historii?

Teraz dopiero widać, jakie to ważne w życiu człowieka – zatrzymać się na chwilę.

Zastanowić.

Poczuć, ze jesteśmy razem.

Ten dzień

Matka ma dziś smutny dzień.

Zaraz jedzie na cmentarz zapalić światło swojej Mamie, bo mija sześć lat, odkąd jej nie ma. To światło będzie sie też paliło dla Ojca i Siostry.

Byli wspaniałymi ludźmi.

A zaraz potem odbiera wiązankę i jedzie z MiaUżonem kawał drogi, za Poznań, na pogrzeb siostry swojego Ojca.

Daty się splatają.

Kiedy umierała sześć lat temu Mama, jedna z sióstr Ojca nie była na pogrzebie. Tego dnia umarł jej mąż. Teraz zmarła druga. W rocznicę śmierci Mamy.

Historia zatacza koło.

Jak smutno, że jest nas tutaj coraz mniej.

Jak dobrze, ze takie doborowe towarzystwo czeka w niebie…

Jak dobrze, że jesteście tutaj Wy wszyscy.

Ludzie na poziomie. Umiejący napisać dobre słowo.

Nie żyjący nienawiścią.

Czytający i słuchający uważnie.

Mający swoje zdanie a jednoczesnie kulturalni.

Rozumiejący.

Dziękuję Wam!

Telefonicznie

Matka ma nadzieję, że nie urazi nikogo tym wpisem. Bo nie jest do śmiechu, tylko do uśmiechu. Wykasowała go w sobotni wieczór a teraz wrzuca.
Matka zadzwoniła do Matsy. Kiedy tylko pojawia się na horyzoncie telefon, Maryśka natychmiast odczuwa nieodpartą potrzebę dzwonienia do babci. Albo porozmawiania z kimś, kto jest po drugiej stronie słuchawki, niezależnie od płci, wieku i stanowiska.

Zdarza się więc Matce nierzadko, że, żeby spokojnie skończyć dyskusję z jakimś okropnie ważnym klientem, włazi na stół i na nim stoi…

A jeśli po drugiej stronie kabla jest „swój”, Matka usiłuje siedzieć i udawać, że to, co Maryśka widzi jest fatamorganą. Żadna tam Matka i żaden telefon.

Potworek nie zważając na starania Matki włazi bez pardonu na fatamorganę (a podobno nie da się… )i zapowiada:

-„Ja tes chcem z babciom!

-„Ale to nie babcia” – wije się Matka

-„No dobja, niech beńdzie ciocia!”

No i nie da rady. Po paru wykrętach trzeba uszczęśliwić na chwilę ciocię konwersacją z Potworkiem, albo skończyć rozmowę.

No to Matka wraca teraz do Matsy, która była mrocznym przedmiotem pożądania Potworka dzisiejszego popołudnia.

„Daj mi ciocię!” – jęczał Potworek

-„Zaraz!” – odbijała piłeczkę Matka

„No DAJ ciocię!!!” – nie ustępowała Maryśka

-„A gdzie ci mam ją dać?” – rzuciła Matka

Maryśka wywróciła oczami z politowaniem:

„No do ucha…



Pytanie za dziesięć punktów: Ile cioć Mats zmieści sie w uchu Potworka…?

Galowo

Janeczka poszła dziś do szkoły ubrana na galowo. Matka musiała jej to wytłumaczyć i Janeczka zrozumiała.

Miała dziś jechac z klasą do teatru na przedstawienie i z pewnością nie pojedzie. Matka ma taką nadzieję, ale kiedy włącza po kolei różne stacje radiowe, to wie juz na pewno, że tak będzie. Bo wszyscy, także niewierzący, stanęli na wysokości zadania.

I rano Janeczka popatrzyła ze zdziwieniem na granatowa bluzę i takie same spodnie. A Matka jest pewna, że dobrze zrobiła.

I wróci teraz do czasu, kiedy pochowała swoją Matkę. Sześć lat temu. Nie nosiła wtedy żałoby. Mówi o roku, po śmierci Mamy, nie o pogrzebie.

Bo według Matki żałobę nosi się w sercu. Matka nie krytykuje nikogo, kto ubiera się na czarno, czy nosi czarną wstążeczkę po śmierci członka rodziny. Proszę tego tak nie odbierać. Matka szanuje poglądy drugiego człowieka. I pisze o tym z innego powodu, ale o tym za chwilę.

Matka doszła do wniosku, że nikt obcy nie musi wiedzieć, że Matce ktoś umarł. Kto Matkę zna – wiedział. I nie nosiła czarnych rzeczy, bo nie ma. Ale też nie chodziła ubrana na różowo, tylko normalnie, może częściej bardziej elegancko, zamiast w dżinsach.

Bo nosiła żal po stracie Mamy w sercu i świadczyło o tym jej zachowanie.

Ale pomyślała sobie jednocześnie dzisiaj, że Janeczka powinna iść do szkoły ubrana tak, a nie inaczej.

I z tego samego powodu Matka nie pisze teraz rzeczy zbyt wesołych. Bo zdarzyło jej się coś napisać mniej smutnego i kiedy to opublikowała, zobaczyła, że papież nie żyje. Skasowała to natychmiast.

Wystarczy popatrzeć na listę wpisów na bloxie, zeby zobaczyć co i jak wszyscy piszą.

Dla tych, którzy czytali komentarze pod poprzednim wpisem: Matka przemyślała sprawę i jednak ustosunkuje sie do tego na blogu. Bo tego nie można tak zostawić.

Cisza i zgiełk

Matka zwolniła się dziś z weekendowej szkoły przed czasem, żeby razem z całą rodziną, a nie samotnie o 18.00, pójść na mszę. Bo święto wyjatkowe i dzień wyjątkowy, w którym trzeba łączyć siły.

Pojechali do innej parafii, gdzie dodatkowo dziś jest odpust.

Maryśka, jak to Maryśka przeszła się wzdłuż nawy po cichutku. Dzieci było sporo i w ogóle ludzi cała masa, jak wszędzie. Potworek przespacerował się potem bezszelestnie przed ludźmi, ale nie spodobało się to księdzu proboszczowi, który syknął z niesmakiem. Kiedy Maryska wracała syknął drugi raz i odwrócił się za nią, żeby lepiej bylo wiadomo o co chodzi. W końcu obok siedział ksiądz biskup, więc ma być na baczność.

A potem, widząc Matkę, która pacyfikowala Potworka, pewna starsza wyfiokowana pani wstała i zapytała na głos, do kogo należy dziecko.

Matka zamordowała ją natychmiast wzrokiem i podeszła, pytając niesamowicie uprzejmie o co chodzi, bo zapewne jak się pani domyśla, dziecko NALEŻY do niej!

Pani poinstruowała Matkę o konieczności napomnienia dziecka.

Matka dalej bardzo uprzejmie zapytała panią, czy zechce spróbować a Matka zaobserwuje, jak to sie robi.

Pani wyjasniła, że to jest zadaniem Matki i że to bardzo proste.

Matka przeprosiła panią, że nie zostawiła dziecka samotnie przed telewizorem, jak to ma zawsze w zwyczaju i że w ogóle nie zrezygnowala z pójścia do kościoła, czyniąc ten niewiarygodny błąd i przeszkadzając pani.

A potem zadarła ogon i wyszła przed kościół. Na szczęście drzwi były otwarte i coś tam słyszała.

Coś tam, bo przed kościołem stały stragany z obwarzankami, cukierkami, kogucikami i piszczałkami.

Stragany, na postawienie których potrzebna jest ZAWSZE zgoda proboszcza.

I jakoś Matka nie słyszała, żeby psykał…

Księdzu proboszczowi nie przeszkadzał zgiełk w TYM dniu.

Biznes jest biznes…?

* * *

Smutno. Potwornie smutno, kiedy powinniśmy sie radować.

Radować, że mamy „swojego” człowieka w niebie. Bo tego, że tam trafił Ojciec Święty Matka jest pewna…

I pomyśleć, że papież trafia przed oblicze Boga w święto Miłosierdzia Bożego. Święto, które mamy dzięki jego staraniom! Bo choć w kalendarzu jest jutro, to zaczęło się litorgicznie już o zachodzie słońca.

Nic już nie będzie takie, jak dawniej.

Ale pamiętać trzeba też, że nic by nie było takie, jak teraz, gdyby nie Jan Paweł II.

Ciotka Matki poszła dziś do nieba w najlepszym możliwym towarzystwie…

A Janeczka, kiedy się obudzi i dowie o papieżu, znów będzie płakać…

Czekanie

Wszyscy czekamy. Czekamy na złe wieści. Matce wydaje się jednak, że złe one będą tylko dla nas. Stracimy papieża. On pójdzie do znacznie szczęśliwszego świata.

Gazety za granicą pisały – „Dramat papieża”. To nie Jego dramat, tylko nasz. My zostaniemy sami.

Inny papież nie będzie już TYM papieżem. Skończy się pewien piękny okres…

Matka pojechała dziś do swojej szkoły weekendowej i martwiła się, że papież odejdzie a ona nie będzie nawet o tym wiedziała.

A kiedy wróciła do domu, MiaUżon powiedział jej, że zmarła właśnie ciotka Matki. Siostra jej Ojca…

Chorowała na raka chyba siedemnaście albo osiemnaście lat. Matka rozmawiała z nią jeszcze tuż przed Wielkanocą i nic nie wskazywało na to, żeby coś złego stało się w najbliższym czasie.

I strasznie smutno Matce, choć jeszcze do niej to nie dotarło.

I znów zmniejszyła jej się – i tak maleńka – rodzina…

Andersen

Matka kładła wczoraj spać Potwory. Jakoś guzdrały się okrutnie, a Matka chciaała ogarnąć trochę na dole z powodu przyjazdu dwóch nieznanych księży, którzy odbierali obraz.

jak człowiek chce, to i Janeczka coś wymyśla a Maryśka śpiewa zamiast Matki i oczy ma jak talerze.

Tym razem oczy Potworka przypominały półmiski a Matka mało nie zeszła na skutek komunikatu Janeczki.

Poteów rzucił bowiem od niechcenia przy kąpieli:

-„Aha! Wiesz co? Mamy się przebrać za jedną z postaci bajek Andersena!!!”

Matka padła. Wstała. Znów padła, bo dotarła do niej druga fala uderzeniowa.

-„Ale…na kiedy?!!” – wyrzęziła

-„Na jutro!!!” – odparł Potwór mydląc wściekle uszy.

-„Ja to zaraz sprawdzę!” – odrzekła Matka i udała się w celu zasięgnięcia języka u koleżanki, która pracuje w tej samej szkole.

Okazało się, że faktycznie – na jutro. Przebrana będzie cała szkoła, bo to jest Dzień Andersena a szkoła przyjaźni się z jakimś miastem w Danii. Nauczycielki też się głowią nad strojem, ale wszyscy o tym wiedzą od miesiąca!!!

-„Może Janeczka zapomniała, że pani coś mówiła?”- zasugerowała koleżanka.

Strzał kulą w płot. Gdyby Potwór wiedział o jakimś przebraniu od miesiąca, Matka miałaby dziurę w brzuchu wielkości koła od ciężarówki!!! A tymczasem nie po raz pierwszy, pani zapowiada coś z dnia na dzień…

Matka nie ma wypożyczalni teatralnej w szafie!!!



I Matka siedziała pół nocy, prała jakieś różowe, falbaniaste spódniczki, różowe rajstopki, różowe bluzki i bluzy.

A potem wycięła opaskę na głowę i zrobiła trzydzieści pięć kwiatków z liliowej bibułki, ze środkami z papieru śniadaniowego zabarwionego na końcach akwarelką i liliowymi bibułkowymi pręcikami. Nastrzeliła te kwiatki naokoło opaski i rano zrobiła z Potwora Calineczkę.

A wcześniej osiem razy pożarła się na okoliczność kwiatków z MiaUżonem…

A o tych zabarwianych kwiatkach to jeszcze kiedyś napisze, bo to historia sprzed lat 21…


A Potworowi postanowiła spsuć humor i zapytała:

-„A za kogo chcesz się przebrać?”

-„Za Małą Syrenkę!!!” – wykrzyknął uradowany Potwór

Matka przeskanowała szybciutko zawartość całej chałupy, łącznie z węzami ogrodowymi i kupą drewna do kominka.

-„Mam!” – powiedziała, ale nie wydawało jej się, żeby Janeczka mogła być z tego zadowolona – „obwieszę cię mrożonymi filetami z morszczuka!”

Pratyka

Do Matki zadzwonili ze szkółki weekendowej. Matka akurat wkładała skarpetki, bo miala tam jechać. Bo już tylko Matka z koleżanką zostały bez praktyk a tu czas nagli.

Zapytali nawet Matkę, gdzie by praktykę chciała. No to Matka na to, że najchętniej to by nie chciała. Powinna, ale czasu nie ma…

Nie była już taka, więc zapodała pani zespoly szkół, żeby załapać i plastykę w gimnazjum i wiedzę o kulturze w liceum, to szybciej pójdzie. Pani rozpromieniła się, wszystko sobie zapisała i obiecała działać.

Matka celowo nie podała pani szkoły, w której być może będzie pracować. Jak już ma tam uczyć, to niech chociaż zbłaźni się na praktykach gdzie indziej, no nie?

Matka już wraca do tematu. Pani zadzwoniła. Bardzo a bardzo z siebie zadowolona.

-„Załatwiłam pani praktykę!” – powiedziała radośnie.

Matce ciarki przebiegły po plecach.

-„A czy może w zespole szkół numer trutututu?” – zapytała z nadzieją.

-„Nie, tam się nie dało! Ale za to w innym, świetnym miejscu!!!”

-„O, to fantastycznie” – bąknęła Matka – „a w jakim…?”

-„A w Liceum Trata Tata!!!” – wykrzyknęła pani.

Matka wbiła pani w plecy elastyczną dzidę, wysyłając ją po drucie telefonicznym.

Bo Matka chodziła do Liceum Trata Tata.

I Matka prawdopodobnie będzie tam pracować od września…

Pani nic już nie powiedziała.

Widać dzida dotarła na miejsce…

O rety…

MiaUżon zadzwonił z placu boju, czyli od dentysty. Ząb Janeczki z lekkim cieniem z jednej strony okazał się być do zatrucia…

No makabra. Janeczka w szkole. Pewnie dostała znieczulenie i ja póki co nie boli, ale…

I do tego Maryśka smarka na zielono, więc Matka już stoi w blokach startowych i zasuwa do lekarza. Potem po Potwora szybciutko. Oj, mógł go MiaUżon zabrać do domu, ale jakieś zdjęcie do gazety mieli robić całej klasie. Gorzej, jeśli i tak na nie nie zdążyli…

No i to, czym Matka miała sobie dziś poprawiać humor, zostawi znowu, najpewniej w aptece…

Tak ze trzy pary spodni…

Bo Matka ze wszystkich spódnic to najbardziej lubi spodnie…