Maryśka coś nie za bardzo się zna na kolorach. Czasem jej wyjdzie, ale najczęściej nie…
I Matka sobie za nic przypomnieć nie może, jak to było z Janeczką. Wie tylko, że kiedy Potwór opanował jako-tako kolory, to nic nie mogło kolo niego przejść, przejechać, przepłynąć ani przefrunąć nieokreślone przez niego kolorystycznie. Rzeczy nieporuszające się, również nie miały żadnych szans, bo wtedy Potwór koło nich przechodził, przejeżdżał, przepływał lub przefruwał. Zwłaszcza to ostatnie.
Ale kiedy to dokładnie było, Matka nie pamięta i kropka.
Maryśce za to jest wszystko jedno, co jest w jakim kolorze. Prawie wszystko jedno.
-„Janecka ma ubjanko cajne?”- zapytała wczoraj
-„Czarne???” – zdziwiła się Matka i obejrzała natychmiast.
Niepotrzebnie. W 99% przypadków odwracanie się w kierunku Janeczki, niezależnie od tego, czy przez lewe, czy prawe ramię, skutkuje zobaczeniem koloru różowego…
-„Nie jest czarne!” -oświadczyła Potworkowi.
-„Aje objus jest cajny?”- wierciła dalej Matce dziurę w brzuchu
Janeczka siedziała przy stole i rysowała, więc Matka pełna najgorszych przeczuć odwróciła się znów, ale większość obrusa była jeszcze jednakowoż żółta.
-„Nie, jest żółty!” – odrzekła Matka bardzo zadowolona z efektów oględzin
Potworek westchnął zasmucony.
-„Wiesz co, ale moje spodnie SĄ czarne!” – próbowała ratować sytuację Matka.
-„O, hajnie!!!” – ucieszyła się Maryśka
-„A wiesz, jakiego koloru jest twoja bluza?” – zapytała Matka
Potworek zatopił błękity swych oczek w bluzie.
-„Cejwona?” – strzelił.
Trafiony zatopiony. Rzeczywiście czerwona.
„Zgadza się!” – uradowała się Matka – „a spodenki JAKIE?”
Potworek obsunął wzrok na nogawki. Dym poszedł mu z uszu.
Nagle rozpromienił się i podetknął nóżkę Matce pod oczy:
-Jakie??? No, TAKIE!
Znów ząb!
Janeczka dała nam dziś w nocy popalić. Już godzinę po zaśnięciu rykneła wielkim głosem. Matka dała sobie głowę ściąć, że to przez sen, po czym – już bez głowy- poszła na górę przeprowadzić rozmowę z dzieckiem.
Okazało się, że Potwora boli ząb!
Faktem jest, że Janeczka ma założony fleczer. Już ponad miesiąc dentystka ze szkoły odsyła ją i odsyła. Matce zaraz się przypomniało, że jak chodziła do szkół albo przychodni, to jeden ząb „robiło „się na trzy-cztery razy, niezależnie od wielkości dziury. Najwyraźniej jakies limity były, ale pacjentowi z reguły dziury robiły się w trzydziestu dwóch pozostałych, zanim wyleczył jeden…
Matkę jednak zdziwiło coś innego. Potwór mam zęby jak ta lala. A tu boli ją z drugiej, niefleczerowej strony!
I rzeczywiście – wyleciała maleńka plomba z mleczaka, zakładana jeszcze w przedszkolu. A ząb jakiś zacieniony z jednej strony. Znaczy się – niedobrze!
Matka od świtu dzwoniła więc do „normalnego” dentysty i załatwiła wizytę na kasę chorych.
Ale w swojej durnocie pochwaliła się Janeczce, jaka to jest zdolna i zaradna. Potwór – czego można się domyśleć – żadnej z tych rzeczy nie docenił!
-„Buuuuuu!” – wyła Janeczka -” ja nie mogę NIE IŚĆ do szkoły!!!”
Dodać tu należy, że Janeczka nie opuściła jeszcze ani jednej godziny lekcyjnej.
-„A czy ta dentystka bedzie mi coś wiercić w tym zębie???”
Nie, no pogłaszcze – pomyślała Matka i przestała dyskutować. Miała dosyć jęków nocnych Janeczki. Niewiele się różniły od tych na fotelu dentystycznym…
I Matka wpadła poza tym na sztański plan – wyśle do dentysty Potwora z MiaUżonem!
Prawda, jakie genialne?
Podobieństwo
Matka własnie pożegnała panów naprawiaczy od zerwanej taśmy przy zewnętrznej rolecie. Panowie przyjechali tak, jak obiecywali, mordowali się strasznie, bo przepchać taśmę przez ścianę nie jest tak hop-siup!
Po jakimś czasie nadciągnął Potworek z nianią.
Wprawnym okiem otaksował panów. Jeden z nich był szczupły, starszliwie zezowaty, łysy, na oko lekko po pięćdziesiątce.
Drugi zupełnie młody, krótko ostrzyżony, dość przystojny. Obaj bardzo sympatyczni.
-„No i co?” – zapytała Matka -„podobni są panowie do siebie, że tak patrzysz raz na jednego, raz na drugiego?”
Panowie słysząc to, zachichotali i popatrzyli na Potworka z uśmiechami Jane Fondy.
Maryśka namarszczyła się, ciężko myśląc.
–„Podobni siom!” – zawyrokowała w końcu –„Aje do CIEBIE!!!”
Psiakość, nawet gdyby wyciągnać średnią z wieku i długości włosów, to jednakowoż Matka zeza nie ma ani trochę!!!
Nie pamiętam
Napisali Matce, żeby robotę „poobrazową” zaczęła od tego, co najbardziej lubi.
I Matka się przeraziła. Bo NIE PAMIĘTA co lubi najbardziej. Gdyby ją ktoś KIEDYŚ zapytał, to by powiedziała – wędrówki po górach. Fotografowanie, z siedzeniem w ciemni włącznie. Sztrykowanie (kto nie wie, to to jest robienie na drutach). Szycie, farbowanie itd (nic w sklepach nie było, to się człowiek nauczył).
A teraz?
A teraz to nie ma na nic czasu, a jak ten czas jest, to Matka jak głupia robi cokolwiek, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, że zrobiła coś tylko dla siebie.
No durna Matka.
Podobno w ciągu dnia trzeba robić przez minimum pół godziny coś, co się bardzo lubi, inaczej dzień jest zmarnowany.Tyczy sie to i starych i młodych.
No to Matka ma chyba szczęście, że może TU sobie popisać czasem.
Bo zewsząd napadają złe informacje.
Matka położyła się wczoraj do łóżka, a tu bach, przed oczy, znowu trzęsienie ziemi i fala. Tam gdzieś mordują Bogu ducha winną dziewczynę, głodząc ją. Tam znowu ten ukradł, temu dali wyrok, tego szukają.
Dziewczyny Matce wypowiedziały mieszkanie, co Matka przewidziała. Znów trzeba szukać lokatorów od lipca.
Praktyki Matka ma niezałatwione a tu się okazuje, że wiedza o kulturze kończy się w połowie kwietnia, bo zwykle ją wsadzają w klasach maturalnych. Czyli pozostaje Matce plastyka w gimnazjum…
Makabra.
Matka chyba pojedzie do miasta i nabędzie sobie coś nowego do ubrania. Jakiś bzdet.
To na chwilę zapomni.
A w tak zwanym międzyczasie może coś miłego się wydarzy?
Plan pięcioletni
Matka skończyła obraz.
Skończyła dzisiaj i nie wie, w co ręce wsadzić!!!
To się nazywa pracoholizm.
Albo teraz siądzie w fotelu i zakwitnie, albo zacznie robić osiem rzeczy naraz. I pewnie czeka ją to drugie…
Może napisze życiorys i list motywacyjny i przeleci się po kilku szkołach? Bo powinna i to szybciutko…
Może w końcu uszyje tę firankę, co to materiał leży już dwa miesiące? Bo powinna…
Może zacznie wykańczać kolejny obraz, co leży odłogiem i czeka już ponad pół roku? Bo powinna…
A może pojedzie i pożyczy habit magdalenkowy, żeby namalować kolejny obraz? Nie będzie malowac w habicie. Habit potrzebny jej do obrazu i to szybko. Nie chce jej się za bardzo jechać. Ale powinna…
A może zacznie w końcu praktykę w szkole i trochę poczyta na temat? Bo powinna…
No to zacznie od życiorysu, a potem to już pójdzie wszystko i od jutra Matka znów sobie będzie w łeb strzelać.
Znaczy się – rozpoczynamy okres poświąteczny…!
Kaszel
Potwory w święta oddawały się z lubością najbardziej ulubionej czynności, jaką jest jedzenie.
Matka zrobiła w sumie osiem blaszek ciasta, do tego doszły dwie przywiezione, więc radości było (i jest ) co niemiara. Babki szły kawałkami, jeden z drugim i niknęły w paszczach Potworów.
Matka akurat robiła coś w kuchni, gdy Potwory siedziały na kanapie i sobie czytały. To znaczy Maryśka usiłowała oglądać jedną książeczkę, natomiast Janeczka czytała jej na głos drugą i była lekko poddenerwowana, że Potworek nie słucha obuusznie i całosercowo starszej siostry.
Na kolanach Potworów stały talerzyki z ciastem.
Maryśka w końcu porzuciła swoją lekturę, przytuliła się do Janeczki i słuchała.
Co chwila pokasływała.
-„No co wyprawiasz?!!” – zdenerwowała się Janeczka -„kaszlesz a nie zatykasz buzi! Zarazisz mnie!!!”
Potworek spojrzał na Janeczkę z wyższością.
–„Nie beńdę zasjaniać buzi, bo nie kaślę na ciebie CHOJOBOM, tyjko OKJUŚKAMI…!!!”
Potwor(n)a noc
Matka odespała święta. No bo przecież wiadomo – jak przypada jakiś dzień wolny, to dzieci natychmiast szykują atrakcje.
Choroby pojawiają się w pierwszą noc ferii, trzeba szukac z obłędem w oku lekarzy po szpitalach i różnych dyżurujących przychodniach, no horror.
Maryśka od pewnego czasu ma nieciekawy kaszel, ale opędzamy go jakimiś przemycanymi sprytnie pini i innymi wapienkami. Udaje się.
Kiedy więc do uszu Matki w nocy z Niedzieli Wielkanocnej na Poniedziałek doszły jakieś nawoływania, była święcie przekonana, że to Maryśka rozłożyła się na dobre.
I myliła się.
-„Tataaaaaaaa!” – wołała Janeczka
Janeczka się nie budzi. Nigdy. Janeczkę trzeba rano spruwać z łóżka. Jesli obudziła się w nocy, to znaczy, że jest niedobrze!
-„Co się stało?” – nieprzytomnym głosem zapytała Matka
-„Nie ty!” – doszło do uszu Matki, co napełniło jej serce niewysłowioną radością – „TATAAAAAAAA!!!!”
-„Tata, rusz się! ” – szturnęła Matka śpiącego twardo MiaUżona – „Dziecko cię potrzebuje. Natychmiast. Może brzuch ją boli z przejedzenia”
-„Yyyyyyyyyyyyyy….” – zajęczał MiaUżon i ani drgnął. Wiadomo – Potwór spanie ma zdecydowanie po tatusiu…
-„Idź do niej, bo może jest chora!!!” – Matka wbiła MiaUżonowi łokieć w bok.
MiaUżon usiadł, poczochrał się po głowie i z zamkniętymi oczami poczłapał do pokoju Janeczki. Po chwili wrócił, padł na łóżko i zasnął.
-„No co się stało?” – zapytała Matka, ale nie było już kogo pytać. Spojrzała na zegarek, dochodziła trzecia, więc padła również.
Po jakimś czasie obudziło ją coś dziwnego. Łożko całe się trzęsło.
Spojrzała jednym okiem i w ciemnościach dostrzegła Potwora skaczącego po nieprzytomnym zupełnie MiaUżonie. Była trzecia piętnaście.
-„Tataaaaa, no????? No, tataaaaaaaa!!!!!” – darł się Potwór
Matka się wkurzyła.
-„Czemu ty budzisz tatę po nocy??? Wracaj do łóżka!”
– „Ja nie przyszłam DO CIEBIE!!!” – fuknęła wydra jedna i skakała dalej.
-„Wracaj natychmiast do łóżka!!!” – dał głos MiaUżon
Potwora zdmuchnęło.
Wrócił. O wpół do czwartej.
Potem o czwartej czterdzieści pięć.
I o piątej. I piątej piętnaście.
I tak do rana.
I pytał w ciemnościach ciągle o to samo!!!
-„Już jest rano?”
-„NIE!!!!!!!!” – ryczeli Matka z MiaUżonem
-„A może jednak, tatusiu, już byś mnie POLAŁ???”
Raport
Matka przeżyła pierwszy dzień świąt.
Zrobiła schabik ze śliwkami i mango, indyka pumperniklowego i łososia pod pierzynką. A z ciast sernika, baby drożdżowe zwykłe dwie, trzecią zwijana z cynamonowo-rodzynkowym wsadem, mazurka kaimakowego w wersji zwyczajnej (dwie blaszki) i kawowej, snikersa i… i chyba wszystko.
A wyszło to nadzwyczaj dobrze, ciasto porosło, jak głupie, mięso było miekkie i soczyste, no cud-miód.
A goście przywieźli jeszcze jednego mazurka i babę mateuszową, która zasmakowała Maryśce jak nie wiem co.
A teraz Matka po tym wszystkim stwierdza, że zadowolona jest bardzo, bo miło spędziła czas, ale jednakowoż musi nasmarować sobie miejsca korzonkowe jakas maścią, bo jej wlazło.
To stanie przy garach.
O czym donosi naprędce.
Mroki dnia
Dziś po domu Potworek snuje się w tę i z powrotem. Co chwila do Matki uszu dochodzą straszliwe dźwięki: Maryśka śpiewa.
A śpiewa coś szalenie mrocznego, na melodię co najmniej dziwną, jak na Potworka. Wszystko idzie bowiem na jedną nutę. Do tego bardzo niską nutę, co jest ewenementem, bo Maryśka zwykle nadaje na bardzo wysokich piskach.
O, znowu Potworek przeszedł.
-„Nie ma mijościiiiiiii…” – zahuczał
Matka nie wie, czy to znów jakiś hit „Ich troje”, czy jakiego Iwanodelfina.
Wyobraża sobie, że to coś bardzo a bardzo, bardzo wielkopostnego…
No bo taki smutek?
Jutro chyba Potworkowi przejdzie…?
Święta
Kochani,
Życzymy Wam samych miłych spotkań w te święta.
Obyście przyjemnie spędzili czas
przy suto zastawionym stole,
siedząc tam z tymi,
których kochacie, lubicie i szanujecie.
I żeby było coś więcej, niż tylko stół.
KTOŚ więcej!
Dzielimy się z Wami
(szkoda, że tylko) wirtualnym jajem!
Matka z Potworami