Plan dnia

Matka dziś w kosmicznym biegu. Zaraz pędzi po resztkę zakupów, przecież zawsze znajdą się takie złośliwe, które się nie zrobią wtedy, kiedy się jest w sklepie.
Potem przyjedzie pan od zerwanej rolety, a jak nie, to spędzimy święta po pół-ciemku, bo się zerwał sznurek, kiedy była opuszczona…

Następnie zrobi sobie na kartce gry plan, żeby jak najlepiej wykorzystać czas i nie paść. Matka, nie pan.

Odmrozi mięsa, wykombinuje nadzienie, bo nabyła mango i trzeba coś z tym owockiem zrobić.

Ustawi Potwory.

Ustawi MiaUżona.

Nie, nie ustawi – MiaUżon przezornie wybywa w celu umycia jednego pojazdu w myjni a drugiego przed domem…

Może uszyje w końcu tę firankę i powiesi?

Zrobi mazurka kaimakowego (kajmakowego – dla tych starszej daty)

Może machnie snikersa? On świetnie udaje mazurka…

Ma nadzieję, że nie wyrzuci Janeczki z pierwszego piętra, bo wczoraj zrobiła to siedemnaście razy. Ferie w szkole to gorzej niż fala kulminacyjna na Wiśle!

Odkurzy.

Zmyje. Ale może jutro? Bo mąka spada na podłogę…

Poszuka pióra do wsadzenia.

Jak zwykle przyda się!

Łosoś pod pierzynką z chrzanu

Matka postanowiła zrobić coś na święta z tym łososiem, co nabyła go w długości trzy czwarte metra. Trzeba, bo przecież zamrażarka z Matką tego nie wytrzymają. Matka za każdym otwarciem jest zabijana przez różową deskę do surfingu, która wypada z szuflady. W końcu, ile tych żyć można mieć?

Potrawa niestety z tych, które trzeba robić w ostatniej chwili, ale jest tak bajecznie prosta i pachnie na odległość, więc Matka poleca. Poleca, choc sama zasłyszała ja jedynie w radiu i nie robiła do tej pory.

Sami jednak zobaczcie, że od razu widać, jak jest świetna i szybka…

I prościuchna…


Łosoś pod pierzynką z chrzanu



Składniki


Świeży lub mrożony filet z łososia (ok.1 kg)

250g masła

200g bułki tartej

dwie łyżki chrzanu (ja uzywam zawsze firmy Motyl – jest bezkonkurencyjny)

trzy jajka

Gęsta, kwaśna śmietana

świeży ogórek

sól i pieprz

sok z cytryny lub woda z odrobiną kwasku cytr.


Wykonanie



250 ml masła miksujemy na puszysty krem.

Ostrożnie łączymy je z 200g bułki tartej, dwoma łyżkami chrzanu, trzema żółtkami i piana ubitą z trzech białek.

Taką „pierzynką” przykryć należy surowego łososia (skropionego wcześniej sokiem z cytryny) – filet lub pokrojonego w dzwonka – i pieczemy ok.35 min.
Śmietanę przyprawiamy solą i pieprzem, dodajemy pokrojonego w drobną kosteczkę świeżego ogórka, wykładamy na półmisek i na niej umieszczamy gotowego łososia.

Wiosna wszędzie

Potworek dostał wczoraj nową kurtkę. Oczywiście po Janeczce, ale za to śliczną, przysłaną w paczce z Kanady. Zielono-pomarańczowo-czerwona krata i polarkowe zielone podbicie. Jeden cud.

Do tego doszły spodenki z ociepleniem, cieńsza czapka i zupełnie nowe pseudoadidaski – białe z pomarańczowymi dodatkami. Jutro już takie nie będą, więc Matka sama sobie donosi, żeby wiedzieć potem, jaki miały kolor…

Dziecko zadowolone bylo nadzwyczaj, oglądało się w lustrze w tę stronę i w drugą, i na tym się skończyło.

Niania wróciła dość szybko, bo Maryśce na dworze się odwidziało.

Buty zostały sprawdzone, czy aby gdzieś nie cisną jakimś szwem. Wygląda na to, że nie.

Niania machnęła ręką, bo czasem tak z Maryśką bywa, że wychodzi i strajkuje, i już!

Za to po południu Matka ruszyła do boju, załadowała jedną pralkę, potem drugą. Janeczka szalała na dworze na rowerze, więc w domu był umiarkowany spokój. Zaczęło się porządnie ściemniać i Matka zapuściła żurawia za okno, czy Potwór jest gdzieś w polu widzenia.

Był.

Tymczasem Maryśka stanęła przy drzwiach i zapowiedziała:

-„No, to idziemy!!!”

Matka wywaliła oczy.

-„A gdzie ty chcesz iść po ciemku?”

Potworek wywrócił białkami

„No bo cseba iść! Na spacejek!

-„Ale mowy nie ma! Ja zaraz wołam Janeczkę do domu! Ty dziś już byłaś na spacerze a ja teraz mam robotę! No i powtarzam ci, że jest ciemno!”

Potworka z lekka ruszyło. Zamachał łapkami.

„Apsojutnie nie mozna NIE IŚĆ!!!”

-„A to czemu?” – zdziwiła się Matka

„No bo mi siem tejaz psypomniajo, ze psecies NADEŚŁA WIOSNA!!!”

Bez gratisu!

Matce zachciało się na święta zrobić coś innego. Dodatkowo.

Bo mięso jakoweś to być musi, sztuk co najmniej dwie, ale Matka ostatnio posłuchała sobie w radiu przepisu na łososia pod pierzynką i tak jej zapachniało, że pognała do sklepu, żeby zanabyć rybę.

Jak już tam dojechała, to się okazało, że łosoś, owszem, jest, ale mrożony. Matce to specjanie nie przeszkadzało, ale kiedy zajrzała do szafy chłodniczej, to zaraz zmieniła zdanie.

Bo niezamrożonego to można jakoś złożyć w harmonijkę i do tego jeszcze nabyć tylko pół a z mrożonym rzecz nie przedstawia się już tak łatwo…

Matka zakasała rękawy, nałozyła na łapska po reklamówce i dawaj grzebać. Nic z tego. Nie pierwszą grzebiącą być musiała.

Łososie były. A jakże. Matka wzięła jednego w celu zważenia.

-„Panie, tylko takie rekiny są?” – zapytała gościa przy wadze.

Facecik obruszył się.

-„Filety z rekina mamy, proszę pani, w drugiej lodówce. Pani życzy?” – spytał kwaśno

Pani nie życzyła. To znaczy może i życzyła, ale nie rekina, jeno humoru. Panu.

I nie lubi takich panów, co mają wszystkim za złe, więc postanowiła jeszcze troszkę gościa pomęczyć.

Łosoś okazał się być zbyt ciężkim. Dwa i pół kilo to stanowczo za dużo dla Matki portfela.

Po pięciu minutach Matka znalazła półtorakilowy kawałek. Wielki,jakieś trzy czwarte metra długi, ale cieńszy nieco. Pan zważył i okleił.

-„A gratisy to odbieram u pana, czy za kasami?” – zawachlowała rzęsami Matka intensywnie bardzo, bo krótkie ma.

-„Jakie gratisy?!” – facecik okrutnie sie wystraszył

-„No żagle!” – odparła Matka z mina nieznoszącą sprzeciwu

-„????” – facet zrobił oczy jak guziki od jesionki

-„No żagle, panie!” – powtórzyła Matka – „przecież kupiłam tego fileta wyłącznie po to, żeby sobie pojeździć na nim na jeziorze. O bojerach pan nie słyszałeś?” – i Matka odjechała z godnością.

I założy się, że wywieszą Matki zdjęcie na drzwiach sklepu z napisem:” Tej, tu o, nie obsługujemy…”

Naukowo?

Matka pojechała wczoraj na Bardzo Ważne Zebranie Walne, Bardzo a Bardzo Ważnego Zarządu, Bardzo Ważnego Towarzystwa. Niegdy tego nie robiła, bo można umrzeć z nudów, ale liczył się każdy głos i chodziło o to, żeby nie dostał się do koryta znów beton, ale ktoś nowy, z pomysłem.

Matka poświęciła się więc jako członek.

Na sali siedziało trochę ponad 130 osób, głównie panowie we wszelkich odmianach czerni i granatu, krawaciki, odznaki, te rzeczy.

Matka miała szczęście, że siedziała z kuzynką, ale za to naprzeciwko rektora, obok prezydenta, za byłym wice, obecnym wice i różnymi innymi dyrektorami. No makabra.

Do tego dostała trwałego urazu szyi z powodu jej wykręcania, bo stoły ustawiono prostopadle do ambonki i siedziała akurat nieco tyłem. Przecież inaczej zrobić nie można było, bo gdzie by się postawiło tę wodę mineralną? Tę wodę i tylko wodę. Matka policzyła, bo wszyscy dusili się ze śmiechu. Przypadała jedna butelka półlitrowa na dziesięć osób…

Matka doda, że siedziała tam przez sześć godzin bitych i wyszła dwie i pół godziny przed końcem, bo reszta zwlokła się gdzies koło północka…

Za to Matka chce napisać o zupełnie czymś innym. Bo, jak już wspominała siedziała w takim zaułku, gdzie byli też ludzie z tak zwanego kręgu. Ustawieni, ale niekoniecznie cokolwiek więcej. A nawet wręcz przeciwnie.

I tak jeszcze przed pierwszą przerwą Matce zaczęło się coś wydawać.

Potem coraz bardziej.

A w końcu nie miała wątpliwości, bo w tym względzie to się nigdy nie myli.

Spojrzała więc w tamtą stronę i niczego dziwnego nie spostrzegła, mimo, że patrzyła z odpowiednim nastawieniem…

Szturnęła kuzynkę i podzieliła się wątpliwościami, a kuzynka nawet się nie odwracając spytała:

-„Co, dziwisz się? Przynieśli sobie w butelkach PO wodzie mineralnej…”

O, ludzie…

Szersze horyzonty…

Zaświeciło dziś takie słońce Matce, że aż miło było popatrzeć na świat. Matka wyjrzała więc przez okno i zaraz doszła do wniosku, że ze śniegiem było dużo ładniej…

Nie było bowiem widać chwastów, których Matka jesienią nie wyrwała, ani uschniętych badyli po rudbekiach, czyli tak zwanych żółtych kulkach( żeby nie było, że się Matka wymądrza). I liście nie całkiem przegniłe widać i w ogóle szarzyzna ogólna.

Matkę dziwiło tylko to, że jakoś bardziej ją to wszystko drażni, niż przed śniegami, a w końcu tak znowu długo ten śnieg nie leżał.

-„Ty wiesz” – powiedziała do MiaUżona – „jakoś tak brzydko na tym świecie okropnie. Niedawno lepiej to wszystko wyglądało, nie rzucało się tak w oczy”

MiaUżon wywrócił oczami, wypuścił powietrze znacząco i oddalił się w sobie wiadomym kierunku.

Jasne. Matka znowu jęczy. Jak nie to niedobre, to co innego.

Janeczka obserwowała to wszystko i kiedy MiaUżon znikł na horyzoncie doszła i przekazała tajną wiadomość Matce scenicznym szeptem:

-„Oj, mama! Ty nic nie zauważyłaś? Jak w SOBOTĘ byłaś w swojej szkole, to TATA UMYŁ WSZYSTKIE OKNA…”


W sobotę… Mamy wtorek…O, kurczę pieczone…

O, kurczę…

O, kurczę….

Ryba-amerykanka

Matce zachciało się nawiedzić wczoraj hipermarket i zrobić wielkanocne zakupy. No była. Wzięła listę zakupów i metodycznie obeszła cały sklep, wrzucając rzeczy potrzebne do wózka. Nawet jej się udało nie kupić niczego zbędnego! Pewnie dlatego, że miała mało czasu…

Kiedy stanęła przy stoisku z rybami, bo musiała zważyć filety, w oczka wpadła jej bardzo smakowicie wyglądająca rybka, którą już nie raz zauważała, ale cena działała na Matkę na tyle odstraszająco, że odpuszczała sobie. Matki to ryby nie ruszają wcale. Śledzie w szczególności. Ale ta wyglądała na rybę – nie-rybę, pachniała i mówiła do Matki: „Nie mam ości, nie mam ości!”

Matka zauważyła ponadto bystrym wzrokiem, że cena spadła okazyjnie z 45 do 29 zł za kilogram, więc nie namyślając się, wybrała jeden z mniejszych kawałków i dała pani do zważenia. Cóż, rybka z ceną nie wyglądała już aż tak atrakcyjnie, więc Matka szybko naklejkę odwróciła masełkiem do dołu, żeby nie psuć sobie tak pięknego dnia…

Czy Matka wspomniała już, co to była za ryba? Bo nazwa ją też fascynowała od dłuższego czasu.

Ryba maślana. Prawda, że ładnie się nazywa?

Matka już dziś sprawdziła, że to jest niejaka sablefish i odławia się ją koło wybrzeża Kanady. Waży jakieś 9 kilo, więc niedużo, jak na takie wielkie kawały mięsa, zupełnie pozbawionego ości.

Matka zakupy przywlokła, rybkę wyjęła, zaprezentowała MiaUżonowi i postanowiła napocząć.

Zjadła więc trzy cieniutkie plasterki, ale więcej już nie mogła, bo zwabiona zapachem pojawiła się Janeczka, która to ryb jeść za bardzo nie może. Na szczęście dla Matki nie wykazała szczególnego zainteresowania, a tym samym rozpaczy, z powodu niejedzenia wspomnianego morskiego zwierza.

Matka rybkę schowała i zapomniała. Nie na długo jednak.

Bo po jakiejś godzinie się zaczęło.

No żeż, co ta ryba żarła za życia???

Bo to musiał być typ, który się odżywiał co najmniej po amerykańsku! Chipsy, cola, hot-dogi!

I tak pół nocy Matka walczyła z rybą, która jej leżała na wątrobie. Cholera jedna, musiała chyba połknąć jakąś zatopioną budkę z hamburgerami! Ze spalonym olejem i papierowymi tackami!

I jeszcze automat z lentilkami i kawą też sobie strzeliła. Ta ryba.

Matka niniejszym ostrzega.

Zafudować sobie oczy w słup i rybkę na wątrobie można zdecydowanie taniej. Niekoniecznie przy pomocy ryby maślanej…

Wagary Matki

Matka zorientowała się wczoraj nieco późnawo, że mamy wiosnę. Podobno.

Dobrze, że w radiu donosili o młodzieży dzwoniącej budzikami i topiącej Marzannę…

Młodzież w związku z wyżej wymienionymi czynnościami nawiewała ze szkół i Matce zaraz się przypomniało jak to ona świętowała Dzień Wagarowicza. Raz w liceum. Powtórki nie było.

Wykombinowała sobie mianowicie klasa Matki, że w ilości sztuk luda 42, pójdą do kina na seans przedpołudniowy. Nic to, ze szkoła z tak zwanymi tradycjami. Człek młody był i głupi, nikogo o zdanie nie pytał i wydawało mu się, że w pierwszej klasie wszystkie rozumy pozjadał!

Klasa podążyła więc solidarnie do kina, nabyła bilety na film okrutnie wtedy chodliwy i wlazła do sali. Bilety były tylko dlatego, że seans na 10.30, bodajże, nie cieszył się zbytnimi względami społeczeństwa.

Wszystkim się wydawało, że odliczyli się jak ta lala i to był błąd. Bo nie przewidzieli, że ktoś do szkoły może się spóźnić…

Kiedy film się rozpoczął, naród patrzył na niego jak na obraz częstochowski. Wypieki na twarzach, no szał po prostu! Dostać się do kina na takie coś!

Bo film nazywał się „Człowiek z żelaza”…

I mieliśmy marzec roku 1981…

I kiedy minęło pół godziny, a siedzieliśmy w pierwszym rzędzie z oszczędności, wyrosła przed nami mama naszego klasowego kolegi, która była jednocześnie wicedyrektorem szkoły. Nauczycielka chemii, choć nie nasza. Bardzo fajna babka zresztą, szkoda, że już jej nie ma…
Poszeptała coś do ucha synowi, ten zbladł jak ściana, wstał i zarządził odwrót. Nikt nie dyskutował i o nic nie pytał.

W szkole okazało się, że na nasze szczęście, wbiła się na spóźnionego kumpla z klasy. Ten wyłuszczył co i jak, i gdzie nas można znaleźć.

Bo nie chodziło o jakieś kino. My, durny naród, niezaiteresowany polityką, nie wiedzieliśmy, ze na 12.00 planowany jest strajk ostrzegawczy w całej Polsce. A w naszej szkole, z takim a nie innym dyrektorem, skończyłoby się to fatalnie dla nas. Matka nawet boi się mysleć. Brr! Podciągnęliby te wagary pod strajk, jak nic!

I były to ostatni taki dzień. Potem przyszedł rok 1982, kiedy nic nie można było. 1983, kiedy zrobiono nam klasówkę za potańcówkę na jednej godzinie w Dzień Wagarowicza. I 1984. A wtedy to już nikt przed maturą nawet nie myślał, żeby podskakiwać…

Tylko dla orłów

Maryśka, jak każde dziecko, przepada za zdejmowaniem bucików, dzięki czemu rotacja skarpetek jest w naszym domu duża.

Niestety, chodzenie bez butów kończy się typowo, czyli siniakami na wszelkich częściach ciała, poczynając od wystających a na wklęsłych kończąc.

Potworek bowiem puszcza się od razu na schody i włazi nie trzymając się poręczy. Ze schodzeniem jest podobnie, choć poręcz ma zamontowaną dziecinną, na odpowiedniej wysokości. Jakiś czas bawiło go używanie naszej, ale i to już przeszłość.

Ostatnio Maryśka wdrapała się do pracowni, co musiało spowodować oderwanie się Matki od obrazu, ze względu na malowanie partii dolnych, które Potworek z lubością usiłował poprawiać. Poglądy Matki i Potworka na kolor różniły się od siebie na tyle zdecydowanie, że musiała nastąpić natychmiastowa pacyfikacja i Matka pokazała wymownym gestem Maryśce drzwi.

Dziecię z radością – o dziwo – popędziło na dół a Matka spostrzegła oczywiście od razu, że poręcz, tudzież buciki nie są używane.

Maryśka w błyskawicznym tempie spuszczała się po schodach. Matka uznała za stosowne pojęczeć trochę.

-„Trzymaj się poręczy! Trzymaj się, mówię, bo polecisz!!!”

„Nie pojece, nie pojece!” – odpowiedział niknący w ciemnościach klatki schodowej Potworek.

-„Pewnie!” – przyspieszyła kroku Matka -„Nie polecisz, bo nie masz skrzydeł, no nie?”

„No!” – roześmiała się Maryśka – „bo mi to ZAMIAJST skrzidejek wyjosły łapki!


No i Matki szczęście…

Bo jakby ten Potworek zaczął tak fruwać po domu…

Lustereczko, powiedz przecie

U Matki w domu, na piętrze, gdzie mieszczą się sypialnie, zamontowane są dwie szafy z przesuwnymi drzwiami. Jedne z tych drzwi stanowią lustra, szalenie zresztą optymistyczne, bo lekko przydymiane. Matka w każdym razie bardzo lubi się w nich przeglądać…

Potworek niedawno również odkrył korzyści, płynące z przeglądania się i galopuje do szafy zawsze wtedy, gdy znajdzie coś interesującego do utknięcia we włosach. Coś interesującego i należącego do Janeczki, oczywiście.

Wczoraj jednak nic nie znalazł, tylko zwyczajnie wchodził po schodach i mijał szafę na trasie do swego pokoju. Kidy przestapił próg swojej bajzlowni, zawrócił nagle i popędził przed lustro.

Spojrzał na siebie bardzo krytycznie, odgarnął łapką wchodzące w oczy kosmyki i westchnął z zadowoleniem:

-„Ojej! Jaka ja jestm pieńkna…”

Matka chciała potwierdzić, więc otworzyła paszczę, ale Potworek był szybszy:

„…i beśtia” – dokończył.