Potwory poszły dziś do kościoła z palmą. Matka zgapiła się i nie mogła na strychu wygrzebać tej najbardziej okazałej, kupionej w Wilnie. Ludzie pod kościołem rok temu padli na jej widok z zachwytu. Ostatecznie została już poświęcona, więc nie było co szukać i Matka chwyciła pierwszą z brzegu, też wileńską, jak sie okazało.
Janeczka pognała więc z palmą w procesji wokół kościoła z całym zgromadzonym narodem. Maryśka, oceniwszy sprawnie liczebość tłumu i związany z tym niski komfort podążania w kolumnie, zaatakowała procesję od przodu. Ruszyła mianowicie również wokół kościoła, ale przeciwnie do ruchu wskazówek zegara.
MiaUżon spoglądając na szybkość Potworka, doszedł błyskawicznie do wniosku, że jeśli spotka się on czołowo z peletonem, to naród padnie jak domino. Zgarnął więc Maryśkę i nie zważając na protesty, umieścił w ogonie procesji…
W kościele za to, Maryśka dostąpiła niewątpiwego zaszczytu trzymania palmy, w związku z tym kościelny przez najbliższych kilka dni nie musi zamiatać podłogi. Cały kurz przynieśliśmy bowiem na palmie do domu…
Następnie Potworek uznał za stosowne pochodzić, jak zwykle, po kościele i pokazać palmę szerokiemu audytorium. Matka zadowolona była, bo czubek palmy kołysał się i co jakiś czas wystawał ponad tłum, w związku z czym z łatwością można było zlokalizować Potworka.
Po krótkim czasie obserwacja była zbędna, gdyż na trasie pochodu Maryśki, zaczęły słyszalnymi być dźwięki, bynajmniej nie kościelne.
-„Auuuuć!” – pisnęła niezidentyfikowana pani
-„Auuuuu” – zaryczał jakiś pan.
-„Ałaaaaj!” – darły się dziewczyny
Matka nie za bardzo kojarzyła odgłosy z Potworkiem, ale kiedy się wreszcie pojawił, zaraz zrozumiała…
Łapiąc palmę mianowicie, nie przyjrzała się jej, bo i po co. Okazało się tymczasem, że ozdobą preferowaną przez wilnian są – podfarbowywane ślicznie – owocniki bielunia. Ja wyglądają – każdy wie – jajo najeżone ostrymi nieprawdopodobnie kolcami…
Potworek chodził i wbijał niechcący ludziom te kolce w miejsca, powiedzmy, strategiczne…
Genetycznie
Kiedy Matka wróciła dziś ze swojej weekendowej szkoły, zobaczyła resztę rodziny, szykującą się do wyjazdu do babci. Matka ma w ten sposób oczyszczony teren i może coś zrobić przy obrazie a babcia będzie miała powieszone lustro. Wszyscy zadowoleni.
Potwory odbiją sobie zaległości w jakimś bardzo ambitnym kanale telewizyjnym, typu Fox Kids, Matka to w ogóle o tym nie chce nawet myśleć.
Tak więc Matka rozbierała się z kurtki a pozostali ubierali. Janeczka plątała się i szukała spodni z polaru, rękawiczek utkniętych w najdalszy kąt i tak dalej. Maryśka tymczasem, w pełnym rynsztunku, siadła na schodku i czekała, aż MiaUżon wtryni jej na nóżki kozaki.
Ten zaś miotał się i klinował między wózkiem, którego już dawno nie powinno tam być, a szafką. Zrzucał szaliki i torby wszelkimi wystającymi częściami ciała. Kucnął w końcu jakoś i wkładał Potworkowi pierwszy but.
–„Tatujku, a kto ci pozwojił?” – dała w końcu głos Maryśka
MiaUżon spojrzał zaskoczony, o co też Potworkowi chodzi.
–„Kto ci pozwojił, no wies – psewjócić mój kozak???”
MiaUżon odwrócił się. Faktycznie. Drugi bucik leżał na boku.
Potworek tymczasem brewki utrzymywał w niebezpiecznie wysokiej pozycji, niczym stary belfer, słuchający mętnych wywodów ucznia.
Tak, tak, nie ma zmiłuj się.
Geny Matki wyłażą jak te krokusy na wiosnę…
W refektarzu
Mamy ostatnio z MiaUżonem kłopoty z trawieniem. Związane jest to bezpośrednio z Janeczką…
Potwór mianowicie, podejrzał kiedyś, że w niektórych zakonach czy zgromadzeniach, podczas posiłków, jeden z braci, ojców czy któraś z sióstr, czytają wszystkim na głos fragmenty z Pisma Świętego. Tak, żeby o głupotach nie gadać, tylko, żeby z pożytkiem było.
Dwa dni temu, kiedy Matka siadła do spóźnionego obiadu, Janeczka pojawiła się jak duch i oznajmiła, że również będzie uskuteczniać na głos lekturę.
Przytaszczyła jakąś książkę, zasiadła i rozpoczęła czytanie. Głośno, dobitnie, sprawnie i szybko. A łatwo nie było, oj, nie!!!
Matce po chwili, ponieważ nie dojrzała wcześniej tytułu, oczy wyszły z orbit.
Janeczka niezrażona ciagnęła:
-„…literę Ż pisz: gdy wymienia się ona na g, dz, h, z, ź, s, np.: ważyć – waga;, księża – księdza; mosiężny – mosiądz; drużyna – druh. Po literach l, ł, r, np. łżesz, małżowina, lżyć, oskarżyć…”
-„Kochana?” – Matka odzyskała głos – „a co ty mi czytasz?”
-„No jak to – co?” – zdziwiła się Janeczka – „Słownik Ortograficzny!”
-„A nie możesz czegoś innego?” – próbowała negocjować Matka
-„Nie, nie!” – odparła Janeczka – „dziś kończymy regułki a jutro zaczynamy wyrazy! Po kolei, od A!”
Ponieważ Janeczka czyta nam przy okazji kawy, ukradkiem jedzonej bułki czy ciasteczka, nie mówiąc o większych posiłkach, Matka idzie schować książkę telefoniczną i Panoramę Firm…
Trudne pytania
Janeczka wracając wczoraj ze szkoły długo milczała a samochodzie. Zazwyczaj to się nie zdarza, więc Matka bardzo była zaciekawiona, jakaż tego jest przyczyna.
I zdaje się, że wie. Janeczka musiała przez przypadek zobaczyć kawałek jakiegoś programu dokumentalnego, niekoniecznie przeznaczonego dla siebie.
Potwór kręcił się więc na siedzeniu i kręcił, aż w końcu zapytał:
-„Mamooooo? Jak to jest, że komuś się urodzi dziecko, takie wiesz, malutkie, śliczne dziecko i on je zostawia w szpitalu?”
Matka chwilowo się zapowietrzyła, bo nie takiego pytania oczekiwała, po chwili jednak otworzyła paszczę. Potwór był jednak szybszy.
-„I potem ono co, w tym szpitalu? Czeka, aż ona je odbierze?”
-„Wiesz” – chrząknęła Matka niepewnie -” są takie różne zasady. Zabierają to dziecko do Domu Małego Dziecka chyba zazwyczaj i tam czeka na decyzję swojej mamy, albo na adopcję. Ale najczęściej to czeka nie wiadomo na co…”
Janeczka zamachała rękami
-„Ale jak można zostawić takiego malutkiego dzidziusia? Bo tam, w tym programie, to jakaś pani mówiła, że oddała swoją córeczkę do Domu Dziecka na przechowanie, bo nie spodziewała się, że z dzieckiem to jest tak trudno! Że ono ciągle czegoś chce! Wiesz? Ona powiedziała, że DZIECKO NIE SPEŁNIŁO JEJ OCZEKIWAŃ! A co to właściwie znaczy?”
-„To znaczy, ze ona myślała, że wychowanie dziecka jest proste, łatwe, tanie i takie, jak na filmach…” – zaczęła Matka, ale Janeczka nie dała jej skończyć
-„Czy to znaczy, Mamo, że zaraz będzie tak, że jak urodzi się dziecko z jasnymi włoskami a mamie nie będzie się podobało to będzie mogła je tak po prostu zostawić w szpitalu?” – spytała znów – „przecież tak robić nie wolno! Dorośli ludzie wiedzą, że tak się nie robi! Nie można dziecku powiedzieć – NIE PODOBASZ MI SIĘ!”
Matka pogadała sobie z Janeczką. Długo. I pomyślała, jak to byłoby pięknie, gdyby wszyscy na świecie myśleliby tak, Janeczka.
Ale tak nie jest!
Matka zastanawia się tylko, co baba w filmie musiała jeszcze mówić
o swoim dziecku, że Janeczka była w stanie zapamiętać, że „dziecko nie spełniło jej oczekiwań”?
I jak Matka pozbiera w końcu te rzeczy po Potworach, to weźmie Janeczkę do Domu Małego Dziecka. Matka myślała, że nie powinna, bo Janeczka jest za mała.
I teraz już wie, że sie myliła…
Okno na świat
Matka odbierała wczoraj Janeczkę ze szkoły. W szatni spotkały Nikolkę i jej mamę, która wygląda zawsze och, ach, piórka tu, piórka tam, jedne czerwone, drugie blond, trzecie jeszcze jakieś kasztanowate i w ogóle.
Ubranko też odpowiednie, szpilki pod pasek, pasek pod zegarek a zegarek pod kolczyki.
Matka natychmiast się kurczy, jak tylko widzi to zjawisko i ukradkiem stroszy czubek na głowie.
-„Mamaaaaaa! Mamaaaaaa!” – Janeczka przerwała Matce poprawianie fryzury – „Zobacz!” – i wysunęła dumnie nogę w adidasku. Bucie sportowym z CCC, znaczy się.
Oprócz buta, który ma zaledwie trzy miesiące, Matka ujrzała paluch Janeczki. Paluch wysuwał się z buta w miejscu, gdzie powinien być – jak się Matce zdaje- całkowicie niewidoczny. Długość wystającego palucha Matka wyceniła na trzy centymetry.
-„Czy długo ten palec ci tak już wychodzi?” – zapytała uprzejmie
„O, ze trzy dni!” – odparła Janeczka pod ostrzałem spojrzenia mamusi Nikolki.
Matka zamordowała w międzyczasie mamusię Nikolki wzrokiem i oczyściwszy w ten sposób teren pytała dalej.
-„A czy nie mogłaś mi powiedzieć wczesniej?”
Janeczka wzruszyła ramionami, bo jest ponad to. Na szczęście.
A Matka idzie teraz po dwa patyki do szaszłyków, bo i Potworkowi należy się jakiś adidasek podrabiany, pod tę wiosnę, co nas napadła.
I mierzymy. Mierzymy, ile też Potworom urosły nóżki przez zimę…
Kulturalnie
Janeczka pojechała dziś z klasą do teatru. Matka nie wie dokładnie na co, bo dzieci nie były najbardziej zainteresowane sztuką. To znaczy być może i były, ale zapomniały…
Pani bowiem główny nacisk położyła na informacje poboczne. Ze świetnym skutkiem zresztą.
-„Mamooooo! Jutro idziemy normalnie, na ósmą, ale mamy tylko jedną lekcję! I trzeba przynieść tornister z książkami!” – usłyszała Matka na schodach.
Matka wiedziała już wcześniej, że musi podążać do niej właśnie Janeczka, bo dym buchał przez drzwi pracowni, że nie widziała obrazka. Znaczyło to ni mniej, ni więcej, że Potwór stara się naciągnąć Matkę na coś, co nie jest do końca prawdą.
Po chwili z dymu wynurzyła się Janeczka.
-„Wiesz, pani też powiedziała, że wyjeżdżamy po 9.00 a wracamy o 11.15. Przedstawienie będzie trwało troszkę ponad godzinę i mamy wziąć sobie małe plecaczki!”
Matce przejechał w oku czołg.
-„A plecaczki to po co?” – spytała
-„No wiesz….” – zakurzył znowu Potwór -„pani powiedziała, że trzeba do nich włożyć małe co nieco, na przykład BATONIK MUSLI, albo GUMĘ DO ŻUCIA, czy butelkę WODY…”
Pani oczywiście wymieniła rzeczy, które może jeśc Potwór. Wcale a wcale nie powiedziała o batonikach Prince Polo, czekoladzie i Kinder-niespodziankach…
Matce w związku z batonikiem musli przejechał kolejny czołg.
-„A ty wiesz, Janeczko, że w teatrze się nie je?”
-„No coś ty, mama” – oburzyła się Janeczka – „będziemy jeść w czasie przerwy!”
-„A wy wszyscy umrzecie z głodu przez niecałe półtorej godziny w teatrze?” – zajędzowała Matka
W odpowiedzi Potwór wywrócił kilka razy TEATRALNIE oczami (w końcu trzeba się wczuć w rolę, czyż nie?) i poszedł zagrzebać w nieprzebytych czeluściach swojego pokoju. Po chwili wrócił z plecaczkiem, w którym telepał się maleńki batonik musli, jedna guma Orbit i butelka wody mineralnej.
A Matka pomyślała sobie, że jak tak dalej pójdzie i znajdzie pracę nauczyciela Wiedzy o kulturze w liceum ,od września, to chyba poświęci zagadnieniu jedną godzinę lekcyjną.
Nawet jeśli tego nie ma w podstawie programowej!
No i musi pójść do okulisty, w związku ze szkodami wyrządzonymi przez przejeżdżającą kolumnę czołgów…
Spod serca
Matka zeszła wczoraj na dół, bo do pracowni doszły jakieś dziwne dźwięki. Głosik Maryśki – zgadza się. Poza nim był jednak jakiś zduszony pisk. Matkę bardzo to zaintrygowało…
Schodząc na dół Matka miała nadzieję, że nic się nie stało niani. W końcu dziewczyna po przeszczepie jest, leków bierze całą furę. Cały czas po nich nienajlepiej wygląda, ale takie to już życie ze sterydami. Masz nerkę, człowieku, ale jesteś spuchnięty od leków. Matka uważa, że nie jest źle, ale niania rozpacza.
Wracając do pisków, Matka zeszła i potoczyła wzrokiem. Nic się nie znalazło w polu widzenia i było to zjawiskiem dość niezwykłym!
Na szczęście z kąta doszedł Matkę głosik Maryśki:
–„No, cos ty? Otfós, otfós!”
Matka zapuściła żurawia.
Na podłodze, wciśnięta w kąt, siedziała niania. Maryśka, można powiedzieć oburącz, wisiała niani na paszczy i za wszelką cenę usiłowała ją otworzyć.
Wokół istne pobojowisko – pokruszone do nieprzytomności biszkopty, żelki, wyciagnięte gdzieś z janeczkowego schowanka, no dramat.
-„A co ty robisz, kochana?” – zawołała Matka wielkim głosem
-„Jaaa?” – zawachlował rzęsami Potworek – „No jobac tyjko! Ja kajmie ciociem ciasteckami!
Niania usiłowała coś w tym momencie dodać, więc straciła kontrolę nad swoją szczęką. Potworek sprawnie wpakował niani do paszczy biszkopcika, po czym zatrzasnął ją energicznie. Paszczę. Nie nianię. To znaczy niani paszczę. Wiadomo.
-„Proszę pani, ja już naprawdę nie mogę!” – dziewczyna odzyskała na moment głos -” ona mnie cały czas częstuje. Otwiera mi buzię, wkłada ciastko i zamyka buzię. A ja się odchudzam!!!”
A Matka ma za to życzliwego ludziom Potworka. Tylko musi jeszcze dopracować mu lekko maniery…
Odliczanie
Wracając do paluszków…
Uczyła Matka Maryśkę, jak się nazywają poszczególne palce u rąk. Potworek słuchał ogromnie zainteresowany i odliczał potem po kolei:
–„Ten tutaj – to kciuk! A ten – fskazujomcy! Potem sirotkowy! Ten tu to jest sejdecny a na końcu majy.”
Matka była ogromnie ucieszona, więc kiedy zjawiła się Babcia, postanowiła zaprezentować jej umiejętności Maryśki.
Potworek usadowił się u Matki na kolanach i prezentacja się zaczęła.
Maryśka dotykała rączką kolejne palce i wymieniała:
„Ten tutaj to kciuk! A ten, ten, ten to jest…” – Potworek szukał rozpaczliwie w pamięci i miał na końcu języka
-„Wska…” – pomogła Matka
Potworek zaskoczył i otworzył paszczę, żeby powiedzieć, kiedy…
-„WSKAZUJĄCY!!!” – wykrzyknęła radośnie Babcia
Potworek zamknął paszczę i dotknął kolejnego paluszka.
-„A ten tutaj to jest si, si, si…” – znów zapomniał
-„Środ…” – podpowiedziała Matka
-„ŚRODKOWY!!!” – zawołała Babcia
Potworek spojrzał na Babcię z wyrzutem.
-„A ten to jest sej…” -nie zdążył dokończyć, gdy…
-„SERDECZNY!!!” – Babcia klasnęła w dłonie
No nie masz szans Maryśko, na razie, nie masz…
To TU!!!
No Matka nie wierzy! Sama nie wierzy!
Jeśli ktoś myśli, że się pomylił, to Matka donosi uprzejmie, że to TU!!!
Analogowa Matka wymłodziła sobie nowy dizajnik bloga! I użyła do tego zdjęcia osobistych, zeszłorocznych krokusów!
Bo, kochani, czarujemy wiosnę!
Dośc już było tych zgniłych beżyków!
I proszę tu pochwalić analogową Matkę, choć księżyc jej się rozjechał, ale to już potem, potem…
Bo ciężko pracowała nocy pół. I jeszcze potem coś ulepszy. Może.
Potrzeby
Maryśka po kąpieli, jak zwykle, wyleguje się na ręczniku. Matka zawija ją tak, że wystaje tylko jej nos, po czym pomału wyciera. Co jakiś czas spod ręcznika wypadają różne elementy Potworka.
Kiedy pojawiają się nogi, Maryśka zwykle nie reaguje, zwłaszcza, jeśli w łazience jest ciepło.
Tym razem jednak, ujrzawszy swoje paluszki, Potworek zajął się liczeniem. Zaczynał od małego, kończył na dużym paluchu. Potem od dużego w kierunku małego. Rozczapierzał je jak mógł, żeby mu się nie pomyliły. Okropnie trudno liczyć tak paluchy u nóg, żeby się ręce nie wmieszały.
–„Jas, dfa, tsy, siedem, diewieńć” – liczył Potworek pracowicie.
-„A które ty liczysz paluszki? U rąk i u nóg?” – zapytała Matka
–„Nieeee, tyjko w nóskach”– wysapał okropnie już zmęczony Potworek
-„To może ja ci od razu powiem, ile ich jest?” – Matka za wszelką cenę chciała Maryśkę zapakować do łóżka i mieć chwilę świętego spokoju.
–„Nieee, nie tseba! Ja jus policyłam!” – Maryśka zostawiła nogi w spokoju
-„Naprawdę?”- ucieszyła się Matka – „i ile ci wyszło?”
–„Osiemnaście!!!” – oznajmił Potworek
-„Osiemnaście???” – osłupiała Matka – „AŻ TYLE???”
–„Tak!”– uciął krótko Potworek – „I FSYSTKIE som mi potsebne!!!”