Janeczka wróciła ze szkoły.
-„Zobacz” – zawołała bardzo zadowolona -„fotograf przyniósł dziś zdjęcia, wiesz, te, co robił w piątek!
Matka rzuciła okiem, ale nic nie zobaczyła, bo zdjęcie było w kopercie.
-„A jak ty na tym zdjęciu wyglądasz? Bo ja mam brudne ręce od farby i nie mogę go wyjąć!” – zawołała za Janeczką
-„Nooo, siedzę i trzymam rękę na jaju!”
I Matka się ucieszyła. Na jaju – nie brzmi już tak dwuznacznie…
Poliglotka
Konfekcja Janeczki była w ogromnej większości trofiejna.
A to dostała coś od ciotek, a to od znajomych, ale lwia część przywędrowała z Holandii od kuzynów. te ostatnie ciuchy miały tę zaletę, że były bez niespodzianek. Nie farbowały, nie kurczyły się i w ogóle.
Ponieważ w Holandii jakoś rodzili się głównie chłopcy i jedna tylko dziewczynka, więc i rodzaj ubranek, jak i ich kolorystyka były odpowiednie. Janeczka miała więc sporo spodni a bluzy w kolorach mocno męskich, typu złamane zielenie, granaty i czerwienie.
Maryśka odziedziczyła cały ten dobytek i Matka odstroiła ją wczoraj jak harlejowca – w bluzę bordowo-zieloną z wyszytymi mocno męskimi napisami typu Gasoline, American, Car i tak dalej.
Kiedy Potworek za którymś razem usiadł na nocniku,nie chciało mu sie potem doprowadzać ubrania do porządku. Matka bowiem obsługuje pupę Potworka i w czasie, kiedy wylewa w łazience zawartość nocnika, Maryśka podciąga spodenki. Tym razem jednak jej się nie chciało.
-„Podciońgnij mi spodenki, mamujku, popjosę! I wjós do sirotka bjuzkę!”
Matka podciagnęła majtki Maryśce, potem wpakowała bluzkę w spodnie i już, już zabierała się za obciaganie bluzy, kiedy dziecię zawołało:
-„Aje nie fkjadaj mi bjuzy do spodni!!!”
Matka zdziwiła się skąd ten pomysł.
-„Nie wkładam ci bluzy do spodni, no coś ty? Czemu tak myślisz?”
Maryśka spojrzała na Matkę i pokiwała wymownie głową.
-„Oj, mamujku. Ja tyjko psecytajam, o tu.” – i dźgnęła paluszkiem w napis Gasoline –„Tu pisom, ze dziefcynkom bjuzy w spodnie siem nie fkjada!”
Więcej tu i tam
Matka, jak zwykle po weekendzie, sprawdziła co też Janeczka ma w szafie. Bluz wszelakich zawsze bylo pełno, najgorzej ze spodniami. Janeczka umiała nowe portki wykończyć w trzy dni. Jeździła na kolanach tak zawzięcie, ze wracała do domu bez wzorków na kolanach.
Matkę wtedy nosiło, bo kupić spodni BEZ żadnych dekoracji nie można było. Musiały być i już! No to jak były wzory, to się zmywały. Zostawały na przedszkolnej podłodze.
Matka miała nadzieję, że w szkole będzie lepiej. A gdzie tam! W końcu w klasach jest po to dywan, żeby dzieci mogły poszalec na kolanach. W świetlicy też.
Janeczce ostały się więc jedynie cztery pary najwytrwalszych spodni i Matka była z tego bardzo zadowolona.
Do dzisiaj.
Rankiem bowiem Potwór zszedł do kuchni a spodnie jakieś zadarte z tyłu były okropnie. Dzwony, więc wyglądało strasznie.
-„Weź no, obciągnij sobie te spodnie, jak ty je włożyłaś?” – przykazała Matka.
Janeczka posłusznie pociągnęła nogawki w dół. No! Wyglądało jakoś.
Po chwili jednak spodnie znowu sterczały jak spojlery na bagażniku od syrenki.
Matkę tknęło.
-„A chodź kochana, zmierzymy, czy ty przypadkiem nagle a niespodziewanie nie urosłaś?”
Janeczka posłusznie stanęła przy miarce. Nie. Cudów nie ma. Trzy miesiące nic się nie ruszyło a spodnie dwa tygodnie temu były dobre.
-„Wiesz co?” – wymyśliła Matka naprędce, bo pora była późna – „nie ma co kombinować, uprałam ci dżinsy, wkładaj”
Potwór zadowolony z odmiany przebrał się szybciutko, Matka go okręciła i z dumą zauważyła, że jest OK. Nie ma siły, żeby dżinsy się uniosły!
Janeczka wzięła do ręki tornister i pogalopowała w kierunku wyjścia.
Do uszu Matki doszedł jednak dziwny odgłos…
-„Słyszysz ten dźwięk?” – spytała Potwora
-„Noooo. Ale nie wiem co to!” – zatrzymała się Janeczka.
Przestało. Janeczka ruszyła. Natychmiast dźwięk się znów pojawił…
Coś trzeszczało. Rozpaczliwie zresztą.
Matka uniosła janeczkową bluzę i zrozumiała.
Potwór nie urósł. Potwór zaokrąglił się w dolnych partiach nagle a niespodziewanie!
Dżinsy opięte były na pupsku Janeczki jak flak na salami…
Nie było czasu. Janeczka poszła.
Matka ma nadzieję, że nie wróci z każdą nogawką osobno, bo już raz w przedszkolu się tak zdarzyło…
Ale już łapie się za kieszeń…
Wyższość świąt
Matka spojrzała sobie dziś w okienka. Te same, których nie umyła na Boże Narodzenie…
Hmmm…dziwne. Jakoś nie wyglądają lepiej!
I wcale się nie zanosi, że będą. Jak się ociepli mocno, tak, jak prorokują, to może?
Póki co Matka maluje, bo obrazek musi wypchnąć 31 marca. Ani dnia później. Znów termin świąteczny, psiakość.
I znów Matka jak wół będzie robić święta.
Ale Matka wie, na czym polega wyższość świąt Wielkiejnocy nad świętami Bożego Narodzenia.
NIE trzeba ubierać choinki…
ANI kupować prezentów…
Potworek nie tygrys
Matka zmusiła w końcu MiaUżona do wymiany łóżka. Nie, nie nam. Tego to się Matka w życiu nie doczeka!
Maryśce. Bo Potworek do wczoraj spał w swoim najmniejszym łóżeczku, które jednakowoż nie było takie znowu tycie, bo zrobiono je dwadzieścia pięć lat temu, kiedy stolarze myśleli. Ma bowiem wymiary 120 x 70, jest więc szerokie i wygodne, ale Maryśka znalazła sobie sposób na samodzielne jego opuszczanie i zrobiło się niebezpiecznie.
Już parę razy zdarzyło się Matce, że robiła po cichutku śniadanko i patrzy – a tu Maryśka w piżamce zasuwa na dół po schodach i minę ma okropnie zadowoloną.
-„A ty co, kochana? Czemu nie wołałaś? ” – pyta zawsze Matka
–„Byjam na stjichu i pomajowajam ci tjoszeczkę na objazie!”– odpowiada prawie zawsze Potworek a Matka pada. Natychmiast.
Matka wykombinowała sobie więc, ze bardzo chętnie pozbędzie się łożka Janeczki, które od czasu nabycia dla niej sofy w żółte jaja, czyli od września, stoi Matce w pracowni i NIE ozdabia. Bo MiaUżon wstawia Matce wszystko, co zbędne i potem nie można nawet nikogo wpuścić na górę…
Matka wymysliła więc a MiaUżon „dojrzewał” jej decyzję pół roku. W końcu wczoraj łózeczko zostało skręcone. Nic tam takiego, po prostu kolejne szczebelkowe, jedynie dłuższe, bo 140 cm, taki VOX, z którego potem robi się tapczanik.
Maryśka krążyła wokół MiaUżona niczym księżyc, podziwiała i cmokała z zachwytu. Matka za to miała w tym czasie złe przeczucia. I nie myliła się…
Dołożyła jeszcze Potworkowi nową pościel z kołderką Janeczki, nigdy w życiu jeszcze nie użytą. Potwór spał bowiem całe zycie pod jednym kocykiem i tak jest do dziś. Z Maryśką zresztą prawie to samo. Kocyk w powleczeniu tak, ale pod spód kocyk goły, za to fajny, bo puszysty, hiszpański z myszkami Miki.
Kiedy więc Maryśka wieczorem zobaczyła kołderkę i to jeszcze w ciemnozielonym powleczeniu, mina zaraz jej zrzedła. Wczepiła się w Matki ramię.
–„Ty mnie jepiej usypiaj na jenku!„- Matka by na tę propozycję wcześniej chętnie przystała, ale teraz łóżeczko jest za głębokie a Maryśka za ciężka.
-„Nie da rady, kochana” – Matka na to -„próbuj od razu pod kolderką”
Potworek założył Matce nelsona.
–„A co tam jest na kojdejce?”
A na kołderce jest cała Księga Dżungli i coś chyba za dużo tygrysów i panter…
-„Jest Mowgli, taki mały chłopczyk”
Potworek dał się jakoś odłożyć do łóżeczka. Matka przykryła go kołderką. Leżał, ale Matka nie gasiła światła, bo choć oczy mu się kleiły, to jednak coś nie pasowało…
-„Cos jeszcze nie w porządku?” – spytała Matka
–„Nie, dobze” –westchnęła Maryśka-„Aje wies co? Psynies mi moze ten staji kocyk i wjós na wselki wypadek POD kojdejkę…”
Obcy
Matka zarządziła wyprawę w teren. Takie tam zwiedzanie.
Wyczytała Matka mianowicie, że jest gdzieś w Polsce świetny dwór, znakomicie zachowany, udostępniony do zwiedzania. W środku rodzaj muzeum, sam dwór przepiękny i duży, latem wokoło ogród.
Zapakowała Matka MiaUżona, który niezbyt chętnie na tego typu wyprawy jeżdzi, tudzież bardziej zachwycone Potwory i pojechali.
Zadupie okropne, ale dwór faktycznie porażający. Ludzi tłum, bo to dzień wolny.
Wycieczka jedna w środku, druga na dziedzińcu, trzecia szykująca się do wejścia.
Weszliśmy w końcu do sieni. Przewodniczka kapitalna, opowiadała różne ciekawe rzeczy, potem poprowadziła naród do pieknie urządzonej jadalni. Matka zdziwiła się bardzo, że takie wąskie wejście tam jest, nawet bez drzwi. Ludzie jakoś przeszli a Matka nijak nie mogła się zmieścić.
-„Co za cholera?” – powiedziała do siebie, bo przecież nie jest z nią tak źle. Żeby nosząc 40stkę nie móc przejść przez drzwi?
Szarpać się nie było co, bo wszystko świeżo odmalowane. Pani przewodniczka patrzyła na Matkę z takim obrzydzeniem, że Matka wściekła się i wyszła.
Na szczęście na dziedzińcu stała inna wycieczka i słuchała tym razem mężczyzny-przewodnika. Matka stanęła obok i nastawiła uszu.
Facet bardzo ciekawie mówił o roślinach, które sadziło się, czy wysiewało ongiś w ogrodach i jakie teraz robi się mieszanki nasion, żeby wyglądało tak, jak dawniej na wsi.
Potem zaś gość spojrzał w górę i zawołał:
-„Bardzo proszę, spojrzyjcie państwo szybciutko, bo mamy świetną widoczność. Nad naszą miejscowością mamy kanał przelotu sputników i właśnie jeden z nich przelatuje!”
Naród posłusznie spojrzał w niebo i rzeczywiście. Leciało coś.
Facecik zajął się dalej kwiatkami, ale Matka patrzyła dalej na sputnik.
-„Przepraszam bardzo” – odchrząknęła -„Czy może mi pan powiedzieć, dlaczego ja mogę w tym sputniku policzyć wszystkie silniki?”
Facet zamrugał oczami.
-„I od kiedy w sputniku SĄ takie silniki?” – dokończyła Matka
Przewodnik gapił się w sputnik jak sroka w gnat i nic nie mówił. Naród zamarł.
-„A czy tu może jest jakiś poligon? Bo ten SPUTNIK to właśnie wypuścił z tyłu spadochrony i ląduje!!!”
Facecik odzyskał głos:
-„Tu, tu proszę pani nie ma żadnego poligonu! Obok sa lasy. On chyba ląduje awaryjnie!!!”
Matce nie trzeba było nic więcej. Naród pognał do samochodów. Matka rzuciła się, żeby znależć resztę rodziny i spadać stąd jak najdalej.
Otworzyła jakieś drzwi w dworku a tam dyzurka, czy co? Komputer na komputerze, siedzą przy nich dziwni ludzie, bandaże na łbach, nawet oczu im nie widać!
Matka szybko rzuciła okiem, czy są klamki. Kurczę, nie było!
Nagle ziemia zaczeła się tak przeraźliwie trząść, że Matka niewiele myśląc, padła plackiem między tymi komputerami. Nic, tylko ten cholerny sputnik, czy inny wahadłowiec lądował!!!
-„Wstajemy, wstajemy!!!” – zawołał ktoś
-„Nigdzie nie wstaję!’ – ryknęła wściekła Matka nakrywając rękami głowę, bo coś na nią spadało -„i nie ruszę się, dopóki nie znajdę moich dzieci! Co tu za cyrk jest?”
–„Fstajemy, fstajemy, Mamujku! My TU jesteśmy! Zajaz tseba iść do kosicioła!!!” – zapiszczała Maryśka, skacząc radośnie po łóżku Matki.
I tak Potworek uratował świat przed Obcymi…
A Matce podobno NIGDY się nic nie śni…
Pini
Maryśka coś się w nocy rozkaszlała. Rano tym bardziej.
Matka na razie leczyła jej katar domowymi zasobami, typu wapno i Bioaron, ale postanowiła dołączyć do tego syrop od kaszlu. Na cebulę trzeba by było troszkę poczekać, na buraka też, więc Matka zaszperała w szafce.
Mucosolvan odpadł od razu. Potwory go nie znoszą, w dodatku to nie ten kaszel.
MiaUżon, na wyraźną prośbę Matki kupił jednak oststnio stary, wypróbowany, a jednoczesnie chyba już zapomniany syropek Pini.
Pyszny, słodki i w ogóle.
Matka pamięta, że kiedy na zajęciach z malarstwa obniżał się nagle w grupie poziom cukru, wszyscy odwiedzali aptekę i zakupywali syropki. W sklepach słodyczy nie było, jedynie katarzynki łyse, czyli bez żadnej polewy. Po spożyciu ww. katarzynek bardzo wzrastała częstotliwość odwiedzin dentysty, co nie było rzeczą miłą.
Grupa Matki dzieliła się mniej więcej po równo na zwolenników Pini, Symphyti oraz Thymi. Matka należała do fanklubu tego ostatniego.
Pani farmaceutka donosiła zapewne w swoich raportach o nagłej a niespodziewanej epidemii kaszlu studenckiego.
Potwierdzały to niewątpliwie zestawienia śmieciarzy, bowiem pół godziny później w koszu pod akademikiem leżało sobie dwanaście takich samych, pustych buteleczek…
Matka uspokaja, że to nałóg zdecydowanie cukrowy był, nie alkoholiczny. Spirytusu salicylowego wszak nie brakowało, nie mówiąc o wszelkich odmianach cz.d.a. w szafie z odczynnikami…
Matka porzuca dygresje (ależ dawno w nie nie wpadała!!!) i wraca szybciutko do Maryśki.
Potworek z wielkim zapałem wypił znane wcześniej medykamenty i otworzył paszczę do Pini.
Matka wlała. Maryśka przełknęła.
Postawiła oczy w słup.
–„To jest o-hit-ne!!! Majisia wiencej tego pić nie beńdzie!!!” – i Potworek odpłynął lekko obrażony w siną dal.
Ech, nigdy nie wiadomo, jaki też komplet genów się przekazuje…
Wynalazek
Janeczka wróciła z Matką ze szkoły. Po drodze, kiedy padają najciekawsze pytania, Potwora zainteresowało nazewnictwo ulic.
– „Mamaaaaa? Czy u nas to jest ulica Kopernika?”
Matka przeskanowała pamięć. Szybko poszło.
-„Ulicy to nie ma, ale jest plac. To nawet więcej, niż ulica”
-„Aha” – Janeczka była wyraźnie zadowolona -„a ty wiesz, co Kopernik zrobił?”
-„No co?” – spytała Matka. Łeb ją rozbolał nieprzytomnie od tej pogody i nie miała zbytniej ochoty gadać.
-„Ojeju, no nie wiesz?! Ruszył Ziemię!!!” – Janeczka była wyraźnie zdegustowana podejściem Matki
-„A, Ziemię. No tak, coś pamiętam…” – mruknęła Matka próbując dojrzeć coś w tej śnieżycy.
-„Bo to wiesz”- ciągnął Potwór niezrażony – „trzeba zrobić coś SUPEROWEGO i wtedy DAJĄ ulicę!”
-„Ach tak…” – podtrzymała Matka uprzejmie konwersację. Żeby nie było, że już jest do końca okropna.
-„Też bym chciała dostać ulicę” – rozmarzyła się Janeczka -„tylko musiałabym coś wymyśleć. Ale co?”
Matka wykonała międzynarodowy gest niewiedzenia, czyli postawiła oczy w słup.
-„Wiem!” – ucieszyła się nagle Janeczka -” wymyślę brokatową glinę i dadzą mi ulicę!”
A Matka idzie o zakład, ze ta glina będzie w dodatku różowa…
Potwór na giełdzie
Janeczka wróciła wczoraj ze szkoły z MiaUżonem.
Wpadła do Matki pod sztalugę. Matka stała akurat na krzesełku, bo malowała oczko a że obrazek ma „zaledwie” 220 cm wysokości, więc musi, bez dwóch zdań.
-„Będziesz ze mnie dumna!” – wrzasnął Potwór
Matka spadła z krzesełeczka.
-„Dentystka założyła ci juz plombę?” – próbowała zgadnąć odklejając paletę z miejsc strategicznych
-„Nie!” – zatupała radośnie Janeczka – „zgaduj dalej!!!”
-„Dostałaś słoneczko za piękne pisanie?” – dalej bawiła się we wróżkę Matka
-„Nie!”- ucieszył sie Potwór.
No to Matka na boku wróżeniem sobie nie dorobi.
-„No to mów zaraz co, bo ja muszę pracować”
-„Zarobiłam dużo pieniędzy!!!” – oznajmiła Janeczka
Matce włos się zjeżył. Zobaczyła Janeczkę w kusej spódniczce na rogu ulicy. Potem handlującą swoimi podręcznikami na bazarku. Brrr!!!!
-„A ile?” -zapytała niepewnie
-„Całe 71 złotych!!!” – szczerzyła dalej zęby Janeczka
O rety… To się Matce nie spodobało…
-„Czy mogłabyś mi powiedzieć W JAKI sposób to zarobiłaś?”
-„No znalazłam! Wszyscy znaleźli. Adaś to nawet 110 złotych, Basia dwa, Jola siedemnaście. Pod kioskiem!!!”
Nie, tylko nie to. Matka znów ujrzała Janeczkę, tym razem zakutą w kajdany, prowadzoną przez panów w niebieskich czapeczkach. Teraz mają czarne? Nie szkodzi. Matka widzi na niebiesko!
Janeczka na sali sądowej.
Janeczka przeciskająca ręce prze więzienne kraty.
A Matka w ciupie razem z nią!!!
-„A gdzie była pani???”
Janeczka wzniosła oczy ku niebu:
-„Oj, mama, pani była z nami!”
-„Ale przecież te pieniądze ktoś zgubił! I szuka ich teraz!”
-„Ale myśmy je wygrzebali spod śniegu! Takie brudne! Przymarznięte!”
Matka policzyła dni. Kiedy rozpuszczało się na ziemi a kiedy przymarzało. Ze trzy dni Matce wyszło. Niedobrze. Czyli ktoś zgubił i nie znalazł…
-„Przynieś te pieniądze!” – zawyrokowała Matka. Zawsze to miała chwilę czasu do namysłu. Donieść na własne dziecko, czy żyć z poczuciem czyjejś krzywdy do końca swoich dni…
Janeczka przyniosła teczkę i położyła na stole kupkę bilonu.
Matka zapuściła żurawia:
-jedna dziesiątka z Prusem
-jedna dziesiątka z Mickiewiczem
-trzy dziesiątki późniejsze, takie bez niczego
-trzy piątki żółte
-złotówki i inne drobniejsze
-jeden frank francuski z 1975 roku
-„I ty wiesz, one korony nie mają, wiesz, te orły!”
Matka wie. Ma na strychu w reklamówce jakieś dziesięć kilo tego szmelcu, tylko nie daje Potworom, bo ręce się brudzą jak nieszczęście.
A jak dobrze zagrzebie, to i pięćdziesiątka z generałem w jakimś płaszczu się znajdzie, i Waryńskiego ma w futerale od aparatu. Nawet dziesiątka z Bemem niedawno się przytelepała.
Tylko piątka z rybakiem gdzieś wpadła za szafę…
Ale to nic. Janeczka zapewne jakiś sejf za kilka dni przyniesie…
Dieta Matki
Matka zauważyła dziś, że rajstopy jej się skurczyły. Nie, nie, Matka nie zaczęła nagle nosić spódnic. Wsadziła rajstopy pod spodnie, bo lekko prychająca jest a w pracowni chłodno.
Tknęło Matkę przeczucie i polazła stanąć na wadze. No i oczywiście waga też zepsuta!!!
Przecież to niemożliwe, żeby Matka ważyła tyle, ile jeszcze nigdy!
I to, przepraszam, po czym?
Po tej jednej czekoladzie dziennie do malowania?
Po drugiej do Panoramy?
Po paczce biszkoptów – również do malowania?
I zaraz takie halo, żeby nic, nic, a potem nagle 6 kilo?
Matka wykonała telefon do koleżanki w celu poruszenia jej zwojów mózgowych. Koleżanka przypomniała sobie dietę, która pozwoliła Matce w ciągu pięciu dni przejść z dużej 40stki do dużego 36.
Dieta jest prosta i mało atrakcyjna. Czwartego dnia powinno się zakładac kaganiec, żeby nie pogryźć rodziny.
Jednak efekty są, waga nie wraca i przez pięć dni spustoszenia w organiźmie chyba nie ma…
Napisać?
A bardzo proszę:
Kupujemy 5 produktów, wszystkiego po kilogramie. Każdego dnia jemy jedną rzecz. Nic więcej. W dokładnie tej, a nie innej kolejności.
Pijemy ile chcemy – wodę lub herbatę niesłodzoną. Matka poleca Pu-Erh.
1 dzień – 1 kg ugotowanych w mundurkach ziemniaków. (łupiny zostawiamy w spokoju, czyli wywalamy do kosza…)
2 dzień – 1 kg ugotowanej marchewki
3 dzień – 1 kg białego, CHUDEGO twarogu (Matka nie była w stanie zjeść kilograma, mimo najszczerszych chęci)
4 dzień – 1 kg ugotowanej piersi z kurczaka (i tu Matka dorzuciła sałatę, polała winegretem i powiedziała sobie, że ten kurczak nie wie, że tak nie wolno…)
5 dzień – 1 kg owoców – ale nie bananów i innych bardzo słodkich. Polecane ananasy, pomarańcze, grejpfruty. Jabłka chyba mogą być.
I tyle. Nie wolno zmieniać kolejności. Nie wolno pić kawy.
Nie wolno być Matką karmiącą!!!
Matka sobie to jeszcze raz przeczytała i idzie po ciastka.
Przecież przed Wielkanocą to się chyba odchudza wariat!