Życie i aksamit

Cała rodzina pojechała wczoraj do Sąsiedniego Większego Miasta na imprezkę do chrześniaka MiaUżona.
Kiedy wracaliśmy było już oczywiście późno, Potwory nieco zmęczone, ale trzymałay się dzielnie. Komentowały wszystko naookoło, zwłaszcza, że świateł było mnóstwo a miejscami świątecznie i to raczej wcale nie wielkanocnie, poubierane choinki, i inne drzewka.

Matka podsłuchiwała w miarę możliwości, co tam słychać na tylnej ławce i doszła do wniosku, że Potwory należy chyba przepuścić przez skaner antywirusowy. Wszystko im się pokićkało…

Kiedy przejeżdżaliśmy koło OBI, Janeczka westchnęła mianowicie:

-„Och, OBI!!! Zaraz, zaraz, jak to było?” – i dym puściła straszliwy z przegrzanych zwojów mózgowych

-„Wiem!” – zawołała po chwili- „OBI – życie ze smaaaaakieeeeem!”

Maryśka zaśmiała się głośno:

„No coś ty? To byjo tak: WEJWET – zycie f aksamicie!”


I Matka przy okazji może wyciągnąć wnioski. Trzeba kupić odpowiedni papier w odpowiednim sklepie. Ale czy tam go sprzedają?

Sprawdzimy. No bo jak ma być ze smakiem i w aksamicie…

Klątwa

Matka wkroczyła dziś do pokoju Janeczki. Bajzel został częściowo uprzątnięty.

W narożniku stał jednak domek albo namiot, jak kto woli. Zrobiony był z dwóch krzeseł, poduch z sofy i dwóch koców.

Na szczycie zatknięta była bandera. Matka w zasadzie nie wie, czemu pisze w czasie przeszłym, bo to wszystko do tej pory stoi i wygląda znośnie.

Na czubku mamy więc banderę albo flagę, albo nie wie Matka co jeszcze.

Matka kiedy ją zobaczyła, to nie wytrzymała i podeszła bliżej. Na fladze bylo bowiem także coś napisane, ale z progu nie było widać za dokładnie co.

Jak już podeszła, to nie wiedziała, czy zawrócić, czy skoczyć przez okno. Tak na wszelki wypadek.

Przeczytała bowiem:


„POKÓJ JANECZKI I MARYŚKI.

KTO TU WEJDZIE – ZEJDZIE!!!”


Tak więc Matka oddala się teraz szybkim krokiem, żeby spisać testament i nie wie, czy jeszcze wróci…

Powrót

Matka wróciła z kursu. MiaUżon pojechał do stolicy, na posterunku została Babcia.

Obiadek Matka zostawiła przygotowany do ostatniej rzeczy, należało tylko podgrzać. Śniadanko też przygotowane.

Poza tym wystarczyło wyjść na chwilę na dwór z Potworami i pobyć w domu.

Matka weszła do chałupy bardzo wcześnie, bo już o 14.00. Babcia siedziała na dole i słuchała sobie radia.

-„A gdzie są dzieci?” – zapytała przytomnie Matka

„Dzieci?” – zdumiała się Babcia – „a nie wiem…”

No to bajka. Matka poszła na górę. Drzwi pokoju Janeczki były zamknięte i dochodziły stamtąd radosne piski.

Matka wkroczyła.

Na pierwszy rzut oka zobaczyła Potwory porozbierane do gołego. Janeczka tylko w kurteczce ze sztucznego misia a Maryśka w letniej sukieneczce na krótki rękaw. Gile do pasa, bo dziewczyny się nieco przeziębiły, ale rano było całkiem nieźle. Już nie jest…

Na drugi rzut oka Matka zobaczyła pościel Maryśki walającą się po ziemi, niebie i wszystkim innym, które jego jest.

Na trzeci rzut oka poszły ubrania wszelakie z szafy, porozrzucane w wolnych miejscach. Wolnych miejsc najwyraźniej było wcześniej pod dostatkiem, bo Matka pogubiła sie przy dwudziestej trzeciej sztuce odzieży, do niedawna czystej, uprasowanej i poskładanej. Mogła się pogubić, bo na ubraniach grubą wartwą leżały zabawki, książki i inne dziady.

Wszystkie te rzeczy nie stanowiły rekwizytów niezbędnych Potworom, a jedynie chyba wygłuszały miejsce rozpusty.

-„A wiesz może Janeczko, co robi Babcia?” – spytała Matka z wrodzoną sobie delikatna złosliwością

„Babcia?” – zdumiała się Janeczka – „a nie wiem…”


Matka tak jakby to już kiedyś słyszała…

Przypadkiem

Maryśka przepada za układaniem puzzli. Takie z 20 elementów to są gotowe migiem.

Problem tylko w tym, że układa ciągle siedem tych samych pudełek. Potworkowi to zupełnie nie przeszkadza, ale Matkę męczy.

Poszła dziś więc do pokoju Maryśki i wyciągnęła jakieś „nowe”.

Kiedy po chwili spojrzała na Potworka, puzzle były pięknie ułożone, ale brakowało jednego elementu.

-„Ojej!” – zasmuciła się Matka – „znowu się zgubił jeden?”

„Noooo! Nie ma. I w tamtych tes jus nie ma jednego. I w tamtych tes!

-„To okropne! Pewnie się walają gdzieś w pokoju, albo w pudle z zabawkami?”

Maryśka zamyśliła się.

-„Wies co?” – powiedziała nagle-„podnies kanapem”

-„Podnieść kanapę? Ale po co?” – zdumiała się Matka

„Zobacymy, cy one tam zupejnie psypadkiem nie lubiom fskakiwać…”

Oka bez rosołu

Matka znowu pomęczy o repertuarze. Musi!

W końcu nauczyła się ponownie Stkrotki. Na wyraźne życzenie Potworka zresztą.

Cztery słonie ma. Wydrukowane. Nie da rady. Matka się tego n-i-e na-u-czy.

Nie to pokolenie. Refren – proszę bardzo. Ale nie te zwrotki!

I nic na to Matka nie poradzi. Kiedyś nie uczono w przedszkolu nowej piosenki co drugi dzień. Janeczka po prostu wypluwa z siebie repertuar. Matka pamięta tylko kilka tytułów. Na pewno więcej nie było, przecież sklerozy nie ma!

A szkoła? Szkoła w latach siedemdziesiątych?

Matka to ma wdrukowane pewne wierszyki i piosenki na wieki, wieków.

Co akademia to to samo.

„Ze spuszczoną głową, powoli…”. Żadnego normalnego, romantycznego wiersza Matka nie pamięta. Wparły je inne. „Już usta przeżarte szkor…” No, może jakiś Leśmian sie telepie, Staff czasami, ale to same strzępy. „Kłaniam się radzieckiej rewo…” Na akademiach te same osoby deklamowały te same wiersze. „Ty pa stranie idziosz i niet takoj priegrady…” Już Matce nikt tego nie wykasuje. Można mieć skrajnie inne poglądy a takie coś pozostaje…


„Jus nie chcem stokjotki. Coś innego chcem. Tyjko pamientaj, nie kosicioły!”

Tak, tak, Matka pamięta, nie kościoły. Jutro sobie ściągnie chyba z internetu jakieś harcerskie, albo co?

Matka rozpaczliwie zagrzebała w pamięci w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego.

Pustka.

Jeszcze raz.

Nic.
„No sipiefaj! Bo nie mogem usnonć!” – ponaglała Maryśka

O, nie! Tylko nie to! Coś natychmiast trzeba sobie przypomnieć. Pierwsze z brzegu nawet!

Jest!

I Matka w skrajnej rozpaczy zaintonowała:

-„Szumi dokoła las…”

-„Hajne! – mruknął Potworek z uznaniem

-„…czy to jawa, czy sen… (o rany…- przypis Matki)

co ci przypomina, co ci przypomina ( ale na akademiach nawet wychodziło ładnie…- przypis Matki)

widok znajomy ten?…”

Wojna!

Matka z MiaUżonem dziś zaspali. Kiedy więc podnieśli się i popędzili do łazienki, to już potem tylko się zakotłowało, pióra poszły na boki, Janeczka dołączyła, Matka pognała na dół robić śniadanie i tyle.

Dobrze, ze pogoda łaskawa i nie napadało więcej śniegu. Tyle, ile jest, całkowicie wystarczy. Co prawda wczoraj Matka słyszała, jak śnieg zjeżdża z dachu, bo słonko ładnie przygrzało, ale zostało wystarczająco dużo, żeby Potwory mogły pojeździć w lesie na sankach.

Towarzystwo pojechało do szkoły, więc Matka uprzątnęła pobojowisko, wstawiła czajnik i spojrzała sobie na ogród.

Ogród ma zaledwie 70 m2, ale za to można patrzeć na niego do woli, gdy się robi coś w kuchni. Co prawda na pierwszym planie lekko przeszkadza balkonotaras (lub tarasobalkon, jak kto woli), ale da się wytrzymać.

Potem już tylko morelka i dużo trawy. Po bokach ognik, irga, jakieś jałowczyki, cyprysiki i aronia, a na samym końcu tuje.

Jak to wszystko przysypie śniegiem, to jest jeden cud! Do tego na ulicy śniegu może już nie być a u Matki w ogródku trzyma się.

Matka tak sobie staje, zamyśla się i patrzy. Na ogniku wiszą sopelki lodu na igiełkach, jałowce poprzyginane do ziemi przez ciężki śnieg… No jedno cudo po prostu.

Matka spogląda i relaksuje się.

Dziś też postanowiła zacząć dzień od rzutu okiem.

Rzuciła.

A potem rzuciło Matką!!!

Na Matki trawniku były wygniecione jamy, naniesione błocko, liście, wykopane dziury i miliony śladów!!!

Śnieg pozwalany z iglaczków!

Matka spojrzała do sąsiada. Tam jakby w porządku.

Teraz do drugiego – u niego nieco gorzej, ale zima w pełni.

Ślady prowadziły do morelki, na taras Matki i urywały się w różnych miejscach przy płocie.

Na tarasie też podobnie. Zryte i skopane!

Więcej było śladów, niż śniegu. Czegoś takiego to Matka jeszcze nie widziała! Jak tu osiem lat mieszka!!!

Co tu, Wylatowo jest? Piktogramy na śniegu?

Tak to nie będzie. Jak wojna, to wojna!!!

I Matka polazła do pracowni. Nadarła szmat. Polała terpentyną.

Jak trzeba będzie, to się okopie!

Biada wam, koty!

WOJNA!!!

Skok w życie

-„Życie jest ciężkie!” – westchnęła Janeczka siadając w samochodzie – „Czy ten Adam musiał skusić naprawdę Ewę na jabłko?”

Matka bardzo się zainteresowała. Nie, nie Adamem, humorem Janeczki.

-„No pewnie musiał. A czemu?”

-„No bo ja bym chciała żyć wiecznie!” – westchnął ciężko Potwór

Matka nie jest pewna, czy ona wytrzymałaby „wieczne” humory Janeczki. A nawet jest pewna, że nie!

-„A czy coś się może stało, o czym chcesz mi powiedzieć?” – zagaiła

-„Nie, no nic… A czy Ewie i Adamowi psuły się zęby?” – Janeczka sprytnie zmieniła temat.

-„Jestem przekonana, że nie. Nie było słodyczy i w ogóle”

-„No właśnie! Bo to wszystko przez te lizaki od cioci!”

Tu cię mam – pomyślała Matka. Janeczce kilka dni temu odkruszył się na lizaku maleńki kawałeczek mlecznej piątki. Najwyraźniej MiaUżon to zgłosił dziś dentystce.

„A czy może byłaś u dentysty?” – błysnęła inteligencją Matka

-„Byłam!”- załkał Potwór -„i pani mi wierciła i wierciła. I teraz mnie boli!”

-„Oj, to jak nie przestanie do jutra, trzeba będzie to koniecznie jeszcze raz pokazać!”

-„Może przestanie… A w ogóle to wszyscy są źli! Zadzwoniłam do Oli, przedstawiłam się ładnie a mama Oli była dla mnie niemiła! Poszłam po Ulę, a Michał tylko prychnął, że Ula w szkole i zatrzasnął mi drzwi przed nosem!”

Ech… Zdaje się, że Janeczka wchodzi w prawdziwe życie…

Oj, małe dzieci, mały kłopot…

Niedaleko pada jabłko?

MiaUżon wpadł na chwilę do domu, przebrać się w garnitur. Na miejscu okazało się, że jakiś klient nie dopisał i ma półtorej godziny wolne.

MiaUżon, jak to MiaUżon – chodzi wtedy jak wilk po klatce. Przyłazi Matce pod sztalugę i zawraca głowę. Robi kawę. O Matce nawet nie pomyśli. Przemieszcza się z gazetą i szeleści.

No koniec świata.

Matka jest nieprzyzwyczajona do obecności MiaUżona w domu o tej porze. W dodatku przy dziennym świetle MiaUżon wygląda jakoś tak inaczej i wszystko jest dziwne.

Takie to są skutki przyzwyczajenia Matki do nieprzebywania wzajemnego w ciągu dnia.


Jak się okazało, Maryśce przybycie ojca także zaburzyło program dnia.

Siedziała właśnie z nianią i przeglądała zawartość Janeczkowych szuflad. Nie trzeba dodawać, że jest to gwóźdź dnia tak zwany i jedynie wybuch bomby atomowej mógłby Potworka odwieść od tego zamiaru. I to też pod warunkiem, że epicentrum byłoby dość blisko!

MiaUżon wlazł do pokoju i przywitał się z dzieckiem radośnie.

-„Dam ci, Tatujku, buziaka! – zapowiedział sam z siebie Potworek

MiaUżon nadstawił się i rzeczywiście dostał.

„No!”-Potworek wytarł sobie paszczę, po czym otrzepał łapki-„A tejaz wjacaj sybciutko do pjacy, tatujku. Jus cie nie ma!”

Karta

Matka zorientowała się właśnie, ze to już marzec…

A to znaczy, że trzeba by udać się do przedszkola, w celu pobrania karty dziecka. I wypełnić te rubryczki.

Maryśka idzie do przedszkola! Matka nie może uwierzyć.

I zaraz sobie przypomina początki Janeczki, które nie należały do najłatwiejszych. Janeczka miała bowiem pójśc do przedszkola od czwartego roku życia. Matka tak sobie wykombinowała. Głupio zupełnie, ale Matka o tym nie wiedziała.

A tymczasem niania Ela, 30 września powiedziała „bye-bye, wyjeżdżam do Niemiec myć gary w knajpie”. I Matka została z ręką w nocniku. Zamówione obrazki, terminy, zaliczki, no czarna rozpacz.

Ale Matce się wydawało, że zapisać dziecko do przedszkola to pryszcz. Poszła tam, gdzie sama chodziła, bo choć do domu daleko, to Babcia mieszka zaraz obok.

Pani dyrektor obśmiała się jak norka, bo placówka uchodzi w mieście za świetną.
-„W pażdzierniku pani chce zapisac dziecko? Mowy nie ma!”

Nie było. Matka myślała, że się zabije mokrą szmatą.

Wtedy MiaUżonowi się przypomniało, że mama jego kolegi z akademika jest od lat dyrektorem, tyle tylko, że na drugim końcu naszej metropolii. Co było robić? MiaUżon pojechał.

Następnego dnia Janeczka była już w przedszkolu. W ciągu roku do grupy dookoptowało jeszcze kilkoro dzieci, choć był w zasadzie komplet.

Przez tydzień Potwór nie zamierzał wcale wracać do domu.

Przez dwa kolejne MiaUżon albo Matka wchodzili rano do przedszkola ciągnąc Janeczkę uczepioną kurczowo nogawki spodni. Dla wyjaśnienia – Janeczka przebywała w tym czasie w pozycji leżącej…

Szlochy rankiem, a nie był to świt, tylko gdzieś kolo 9.00, były rozdzierające. Cały wieczór poprzedniego dnia też skopany dokładnie.

Matka wyrywała kłaki z głowy.

Okazało sie potem, że Janeczka wyje, owszem, w szatni. Wchodzi do grupy, natychmiast ociera łzy i bawi się w najlepsze. Kiedy Matka po nią przychodzi, jest afera, że tak wcześnie!

Po czym rano historia się powtarza…

I mimo, ześmy wiedzieli, że potem jest OK, to stresu było co niemiara…

A teraz Maryśka? Mała Maryśka?

Nie, no niemożliwe…

Szpion edukacyjny

Matka postanowiła się zabawić w szpiega edukacyjnego. To tak trochę po tym, jak Janeczka jej zafundowała raz i drugi poszukiwanie rzeczy, które trzeba przynieść następnego dnia do szkoły.

A ponieważ Matka nie ma u siebie magazynu zielonych i niebieskich kartonów wielkości obrusa, szmatek kolorowych i kordonku, więc zaczęła przeglądać Janeczki podręcznik.

Zamiarem jej było zaskoczenie Potwora i zapewnienie sobie świętego spokoju.

Wieczorem, kiedy Janeczka juz spała, Matka zakradła sie do tornistra i dawaj wertowac książkę. Szukała, szukała i bęc! Znalazła!

Domek z ciastek. Trzeba było przynieśc herbatniki i gumisie a tego akurat w domu nie było. I serek waniliowy.

Matka kupiła więc wszystko przy najbliższej okazji, zamelinowała przed Potworami i MiaUżonem w zupełnie nowym schowanku i była szczesliwa. Tylko serek trzy razy MiaUżon jej wyżerał z lodówki, więc musiała odkupować, ale generalnie była zwarta i gotowa. Czekała tylko na sygnał.

Sygnał nadszedł! Wczoraj, późnym wieczorem – jak zwykle. Potwór się nie nauczy, że można coś takiego mówić zaraz po powrocie ze szkoły, nie wspominając o tym, że pani też mogłaby zapowiadać coś takiego wcześniej…

Janeczka kręciła się przez całą kolację niespokojnie. Dobrze wiedziała, że Matka się wkurzy. Wieczorem Matce niewiele trzeba.

-„Mamaaaaaa…” – zaczęła w końcu -„wiesz co? Ja to zupełnie zapomniałam…”

-„Zapomniałaś o czym?” – Matka nie siliła się na zbytnią uprzejmość

-„No, zapomniałam, że trzeba na jutro przynieść do szkoły, wiesz, no takie rzeczy do zrobienia…” – zajęczał Potwór niepewnie

-„Do zrobienia domku oczywiście!” – powiedziała Matka z tryumfem

Janeczce oczy się zrobiły okrągłe ze zdumienia, jak młyńskie koła.
Zaniemówiła.

-„Musisz przynieść serek, herbatniki i gumisie!” – dokończyła bardzo z siebie zadowolona Matka.

-„Eeeeee…” – odzyskała głos Janeczka – „ale, ale pani kazała nam przynieść czarną i brązową włóczkę, i patyki, na owieczki…”