Szef kuchni poleca

Maryśka, kiedy tylko może, przegląda. Wszystko, jak leci, z naciskiem polożonym na tygodniki kobiece, komputerowe i kulinarne, tudzież gazety.

„Na pefno tejaz ci nie jest pocsebne! Majisia pocyta!” – komunikuje dziecko i odrywa Matce palce od czytanej właśnie gazety.

Po czytaniu Potworka, otrzymujemy doskonałą podpałkę do kominka!

Maryśka przepada również za książkami kucharskimi, zwłaszcza tymi z Poradnika Domowego. Są poręczne i mają dużo zdjęć.

-„Oooo! Tu jest ciasto! Scekoladom! Ja nie mogem!”

Matka zagląda przez ramię Potworkowi.

-„Gdzie ty masz czekoladę? To tylko przyrumienione takie. babka piaskowa, biała, bez czekolady”

„Cyli mogem?” – upewnia się Potworek

-„Możesz, pewnie, że możesz”

-„Oj, to hajnie! – cieszy się zawsze Potworek.

Potem zaczyna się dokładna analiza zdjęć a Matka w tym czasie może zrobić coś w kuchni. Maryśkę ma na oku i jeszcze podsłuchać może, jak Potworek sam do siebie gada.

„Jobac, mama! Koło ciasta jezom jajka!”

-„Leżą, leżą!” – odkrzykuje Matka na pamięć. W koncu najczęściej na zdjęcia nawalają jajek, woreczków z mąką i drewnianych szufeleczek.

„I jobac! Jodzynki! A ja jubiem jodzynki!” – woła znowu Potworek uszczęśliwiony

-„Lubisz i to jak bardzo!” – woła Matka i dopisuje zaraz rodzynki do rozpiski sklepowej, żeby tylko nie zapomnieć kupić.

„A tu som ciastecka z dzemikiem! Majisia tes je jubi! I wisienki jezom obok!”

-„A bo to pewnie nie dżem, tylko konfitury z wiśni” – tłumaczy Matka

„Oooo, a tu jezy ściejecka kojojowa koło ciasta! I ozeski! Majisia ziada ozeski jak Mamulka nie hidzi!”

-„Jasne, że nie widzi. Potem tylko wszędzie zbiera roztrzaskane łupinki i wcale nie wie, że to ty!”

„Ojej! A tutaj, hihihihi!” – śmieje się nagle Potworek w głos-„Hihihihi! Koło ciasta jezom kfiatki!

-„Pewnie, zeby na zdjęciu było ładnie?” – pyta Matka

Neeee! Hihihihi! ONI myślom, ze Majisia siem nie zna i te kfiatki tes zje…”

Wiadomek

Wczesny ranek. Świt. Co tam świt! Ciemno jeszcze.

Potwory śpią, MiaUżon śpi, Matka śpi.

Komputer stoi sobie samotnie na strychu. Wyłączony, no bo jak.

A tymczasem Matka z MiaUżonem dostają wiadomość prosto na pulpit! Wiadomek taki. Prądu nie żre a niusy przynosi. I nie są to TylkoDobreNiusy!

Bo jak Wiadomek daje głos, to oznacza to dziesięć. A nawet co najmniej dziesięć!

Dziesięć centymetrów śniegu!

Skąd Matka wie, bez otwierania oczu?

No przecież Matka pisze i pisze, że jest Wiadomek. Kto nie wie, co to Wiadomek, niech zajrzy do portalu Gazety. Fruwa taki w czerwonej szmacie.

A u Matki fruwa bez prądu.

I u wszystkich na ulicy jest te dziesięć centymetrów, ale tylko jeden sąsiad wysyła wszystkim Wiadomka!

-„Ty słuchaj!” – Matka w końcu nie wytrzymała i szarpnęła MiaUżona za piżamę-„czemu ten pajac tak okropnie zgrzyta?!!”

-„Yyyyyyyyyy!!!” – zerwał się MiaUżon -„Ojeju! Czego ty mnie budzisz tak wcześnie?!”

-„Powiedz mi, czemu nikt tak nie hałasuje a tylko ta cholera tak zgrzyta i mnie budzi?!”

-„Bo sobie obił łopatę blachą!!!”

No żeż w mordę jeża, Adam Słodowy – nie obrażając pana Adama – się znalazł, od siedmiu boleści!

-„A po kiego grzyba obił???”

-„No pewnie po to, żeby mu się tak szybko nie zużywała…”


Jasne! Z tego samego powodu zapewne, sąsiad ma w podjazd powtapiane kamyczki! Po czym odsnieża wszystko, co ma, nawet, jak po tym nie stąpnie. I robi idealną granicę między posesją swoją a Matkową. Choinkę nawet odśnieża i bukszpan w tych ciemnościach!

No to Matka dziękuje, ze nie rośnie przed naszymi domami jakaś sosna, bo zapewne sąsiad by co rano pukał do okienka, przy okazji zmiatania śniegu z igiełek… Swoich igiełek, na swojej połówce sosenki…

Czy używanie takiej obitej łopaty, to nie podchodzi swoja drogą pod roboty budowlane i w związku z tym ciszę nocna między 20.00 a 8.00?!! No Matka to chyba się dowie…:-)

Bezpiecznie

Matka wyrusza po Potwora do szkoły, więc zlustrowała najpierw lodówkę w poszukiwaniu dziur po rzeczach, które były, ale się zjadły.

Dziur było sporo. Matka to już prawie na pamięć wie, co kupić powinna, bo tak ma, że nawet jak czegoś nie potrzebuje nagle a niespodziewanie, to lubi to mieć.

Do rzeczy tych nie należą na szczęście kraby, homary i trufle…

Matka nic na to nie poradzi. Jak w lodówce ma to i tamto, to daje jej to poczucie jakiegoś, powiedziałaby bezpieczeństwa. Jak nie ma, to chodzi wkoło tej lodówki jak jakiś wilk i cierpi.

Nie zeżarłaby a jęczy, że nie ma.

Koniec świata…

Żeby to jeszcze jakieś zdrowe rzeczy były! Nic z tego!

W czołówce niezbędnych rzeczy plasuje się żółty ser. No musi być, żeby nie wiem co! I śmietanka do kawy, oj, to, to obowiązkowo!

I drożdże w zamrażarce. I margaryna z tego samego powodu. Jak jest, to wszystko w porządku. Jak nie ma, to Matka natychmiast chce cos upiec!

I keczup powinien stać.

I koniecznie sałata i feta. Bo jak się zachce sałatkę grecką zrobić?

I skutek tego jest taki, że wczoraj Matka wypirzyła przegniłą kompletnie sałatę za ciężkie pieniądze. Trudno. Ale była. Dziś będzie nowa…

Biszkopty dla Potworów! I sok z czarnej porzeczki!

I już Matka nie pamieta co tam jeszcze. Bo, że czekolada musi zalegać dolną półkę w lodówce to rzecz oczywista, tak, jak dwa kilo galaretek w czekoladzie schowane w szafce.

Ach! Śmietana. Śmietana koniecznie.

Śmietanowy wentyl bezpieczeństwa.

Jak już nie ma co z nią zrobić, to zawsze da się otworzyć kubeczek i wrąbać całą naraz…

Na smuteczki, na przykład…

Ciekawe, co u Was być musi?

W budce telefonicznej

Wpływ reklam na Potwory jest przeogromny. Żeby tak wszystko pamiętały, jak te bzdury z reklam!

Teksty wkradają się wszędzie – do rozmowy, zabawy itd. Matka co i rusz robi odkrycia. Ostatnio Potwory próbują śpiewać coś w dziwnym języku – duńskim, fińskim czy jakiej innej cholerze z reklamy Plusa.

A Maryśka podczas kąpieli w brodziku telefonuje od zawsze. Korzysta tak bardziej z automatu, zawieszonego na ścianie. Co chwila wstaje, podnosi słuchawkę, konwersuje, odkłada słuchawkę i siada. Potem wstaje, podnosi słuchawkę, siada, rozmawia, wstaje, odkłada słuchawkę i tak dalej, i tak dalej…

Okropnie mokre włosy ma zawsze od tych rozmów!

Matka bardzo się dziwi, że jeszcze ani razu nie wyleciała przez ściankę brodzika razem z tą słuchawką…

Wczoraj Matce wpadł do ucha znów tekst żywcem wzięty z telewizora. Dziwne, bo Maryśka zwykle dzwoni do Tatulka albo Babci, a tym razem do Kaśki…

„Nie gadaj! Skaśkom? Dzfoniem do niej! Kaśkaaaa…?”

A potem Matka słyszy tylko trzask odkładanej słuchawki. Wiadomo, w tym miejscu reklama się urywa…

Po dziesiątym chlupocie sadzanej w brodziku dupiny, Matka otworzyła drzwiczki. No tak, Matka zapomniała dodać, że Potworek zawsze zatrzaskuje drzwi od kabiny. Jak budka telefoniczna, to na całego!

-„No i co, kochana?” – zapytała – „co dalej z tą Kaśką? Bo nic więcej nie mówisz, tylko odkładasz słuchawkę i znowu dzwonisz…”

Potworek spojrzał na Matkę, jakby spadła z księżyca.

-„A co mam jobić?” -odrzekł -„ciomgle mi sie wjonca ta pocta gjosowa!!!”

Piernik marchwiowy

Matka obiecała przepis na „piernik” marchwiowy, czy jak kto woli ciasto marchwiowe, więc jest.


SKŁADNIKI


2 1/2 szklanki mąki

1 3/4 szklanki cukru

1 1/2 szklanki oleju

4 jajka

3 szklanki marchwi, startej na drobnej tarce (jakieś 5-6 dużych marchewek)

2 łyżeczki proszku do pieczenia

przyprawa do pierników lub 2 łyżeczki cynamonu

szczypta soli

garść posiekanych orzechów


WYKONANIE


Olej zmiksować szybko z żółtkami (jak już się bardzo a bardzo nie chce, to z całymi jajkami).

Wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia, cukrem,cynamonem i solą

Dodawać do ciasta sypkie rzeczy i marchewkę, cały czas mieszając.

Na koniec wrzucić orzechy i ubitą pianę z białek (jeśli wcześniej leniwi nie wymieszali z olejem całych jajek…) i przemieszać delikatnie łyżką.

Wyłożyć na wysmarowaną lub wyłożoną papierem blaszkę. Matka używa takiej dużej, prostokątnej, wtedy ciasto ma zaledwie 3-4 cm wysokości, ale nie zrobi się przynajmniej zakalec.

Piec w 180-185 stopniach, aż ładnie się zarumieni i patyk będzie suchy.

Uwaga! Po przekrojeniu wydaje się czasem, że zrobił się zakalec, ale to tylko złudzenie. Ciasto jest po prostu bardzo mokre, ale mimo to bardzo pulchne.

Można polać czekoladą. Jak się zdąży. Bo Matce to się jeszcze nigdy nie udało! Potwory zjadają wszystko natychmiast, zwłaszcza takie ciepłe, prosto z piekarnika, z chrupiąca skórką.

Odchudzaniu śmierć!

Matka zamierzała się odchudzać. Najwyraźniej jeszcze nie pora.
Nawet miała dzwonić do koleżanki, żeby jej przypomniała tę dietę pięciodniową, co to działa z siłą wodospadu, ale zapomniała.

No bo jak tu zrzucać kilogramy, kiedy zima przypomniała o sobie? Toż to bezsens! Człowiek głodny – człowiekowi zimno. Tak to było? Chyba jakoś tak.

Poza tym w szafce ciągle leży dwa i pół kilograma pianki z galaretką. W czekoladzie. Ma się zmarnować, bo Matka się odchudza? Za nic!!!

Do tego wszystkiego Matka nabyła ostatnio drogą kupna trzy kilo marchewki. Po co aż tyle, to Matka w zasadzie nie wie. Bo na gotowaną jarzynkę, za która przepadają Potwory, to troszeczkę za dużo. Chyba, żeby Matka ugotowała towarzystwo w wannie?

Ale jak tak Matka wtaszczyła tę marchew i rzuciła na stół, to zaraz jej się przypomniało, jak kiedyś robiła sok w sokowirówce. Maszyneria wyła i ryczała, pluła sokiem na całą kuchnię i produkowała tony nikomu niepotrzebnej miazgi.

Matka próbowała robic surówkę z tych wytłoków, ale nie dało się, wszyscy parskali potem wiórkami na prawo i lewo. Ale wyrzucać? Grzech!

Matce przypomniało sie wtedy, że widziała tu i tam, przepis na tak zwany piernik marchwiowy. Zaczęła wtedy namiętnie i często go piec, i to było to!!!

Teraz juz soku prawie nikt nie robi, więc Matka zdążyła o cieście zapomnieć. Aż do wczoraj…

I jak wygrzebała przepis, to starła kilka marchewek, i zrobiła w trzy minutki ciasto.

A dziś już ponad połowy nie ma, bo Potwory krążą wokół niego, niczem księżyce naookoło Saturna.

A Matka to już chyba zachowuje się jak ten saturnowy pierścień…

Z powodu turlania się z przejedzenia.

Oj, nie. Poodchudzamy sie w kwietniu, jak trzeba będzie włożyć coś cieńszego!

Bohaterowie

Janeczka zaniosła dziś pracę na konkurs. Kolejny konkurs.

I jak zwykle robiła ją w niedzielę wieczorem.

-„No to siądź ze mną, mama i wymyśl coś!” – wyrecytowała i wbiła spojrzenie w kartkę.

Matkę to wtedy nosi. Janeczka ma zawsze na wszystko czas. Tak zakręci, że starzy zapominają o tych konkursach, których jest bez liku. Tym razem narysować trzeba było, bo konkurs nie jest dobrowolny.

Matka zawsze rozlicza Potwora z pracy domowej i spakowania plecaka już w piatek, ale przez te nieszczęsne imieniny u Uli, zapomniała na smierć.

-„Nic z tego, kochana, ja ci pomagać nie będę, przecież to ma być twoja praca, a nie moja.”

-„Tak! Tak! Ty mi nigdy nie chcesz pomóc!” – załkała Janeczka

Matce ciemno sie zrobiło w oczach, więc otworzyła je jeszcze bardziej.

-„A wiesz w ogóle, co będziesz rysować?” – zapytała.

Temat był fantastyczny – „Bohaterowie naszych lektur”. No żyć, nie umierać. Można było wsadzić wszystko.

-„Nie!” – burknęła Janeczka.

-„No to zastanów się najpierw, z jakiej bajki chcesz coś narysować. A potem pokombinujemy, co dalej”

Potwór zamyślił się.

-„Wiem!”- powiedział – ” Narysuję Dziewczynkę z Zapałkami”

Matka naprawdę się ucieszyła. Można zrobić z tego niebanalny, nastrojowy rysuneczek.

-„Ale ja nie umiem!” – zawyła nagle Janeczka -„ja nie umiem narysowac dziewczynki tak, żeby była ładna twarz!”

-„To narysuj ją od tyłu, jak siedzi na ulicy i trzyma zapałkę. I ta zapałka daje taki ładny, żółty blask a naokoło jest ciemna noc. Mało roboty i ładnie będzie”

-„Od tyłu to nie rysunek!” – zdenerwowała się Janeczka.

Matka też się zdenerwowała. A co!

-„Jak nie, to wymyśl sobie coś innego”

Janeczka nadęła się jak balon.

-„No dobra. Niech będzie Mała Syrenka”

-„O! Widzisz! Świetny pomysł.” – ucieszyła się Matka

-„Ale ja nie umiem twarzy! I takiej ładnej grzywki!” – Janeczka znów wpadła w czarną rozpacz.

-„To przecież nie musisz jej rysować grzywki! W ogóle nie musi być duża. Narysuj naokoło różne muszelki, rozgwiazdy…”

-„I zamek narysuję” -rozpromienił się Potwór

-„I zamek” – przytaknęła Matka

Janeczka smarowała z językiem na wierzchu. Mała Syrenka wyszła nieprawdopodobnie anorektyczna, ale w koncu pływa cały czas, no nie?
Pływanie odchudza. Grunt, że ogon był i biust zakryty jakimś Triumfem.

I zamek piękny, czerwony. I kwiecie morskie wszelakie.

A rysunek wcale nie był jakiś wyjątkowy i konkursowy. Bo Janeczkę trzeba w końcu nauczyć, że branie udziału w konkursie nie oznacza zaraz wygranej. A Potwór po pierwszym konkursie, w którym wygrał, sobie coś takiego zakodował.

Wybija jej się to z głowy, a ona za jakiś czas swoje.

Perfekcjonistka, psiakość.

Po mamusi ma to zresztą…

Repertuar

Maryśka definitywnie pożegnała okres Bożego Narodzenia. Przyjęła do wiadomości, że czas śpiewania kolęd odszedł na prawie rok i nie męczy już Matki wieczorami, przy usypianiu.

Nie męczy kolędami, znaczy się.

Za to Matka nagle a niespodziewanie musiała zaproponować Potworkowi inny repertuar, z którym było raczej krucho…

Stanęło na tym, że Maryśka wysłuchała „Wlazł kotek” i bardzo jej się spodobał. To już wiemy. Matka rozpaczliwie szukała w pamięci czegoś jeszcze, ale Potworek okazał się być wybredny.

„Ty mi nie sipiefaj ziadnych kościołóff, tyjko o kotku!”

No dobra. „Kościoły” to dla Potworka wszystko, co miałoby służyć zasypianiu. Wolne, melodyjne i tak dalej.

Matka spróbowała „Mam chusteczkę”. No skrajna rozpacz.

Chwyciło!

A potem jeszcze sam refren od „Czterech słoni”. Tez może być.
I nic więcej. Żadna stokrotka polna!

Ile razy Matka coś próbuje innego, tyle razy Potworek protestuje i zamiast zasypiać, kłócą się na całego.

Do tego wszystkiego Maryśka opanowała chusteczkę, w stopniu, Matka by powiedziała, dopuszczającym i uprzyjemnia czas rodzicielce prezentując cienkim głosikiem swe możliwości. Dodać należy, ze głosik choć cienki, to jednak bardzo donośnym jest!

Matka siedzi więc w fotelu a Potworek z łóżeczka śpiewa. Matka akompaniuje zgrzytaniem zębów…

„A ty mnie widzis?” – zapytał nagle Potworek

-„Nie widzę” – odpowiedziała zgodnie z prawdą Matka. Czarno było, jak nie wiem co-„ale nie martw się, ja cię DOBRZE słyszę”.

„Aha!”– ucieszyła się Maryśka , choć nie była za bardzo przekonana

-„Teraz mama ci pośpiewa a ty wreszcie zaśniesz” – zapowiedziała Matka stanowczym głosem, bo już minęło pół godziny

„Nieeeee, Majisia posipiefa! Chusteckę gotofaną!”

I Marysia śpiewała. Za dziewiatrym nawrotem głosik jej zaczął pomalutku słabnąć i słabnąć.

Matka zatarła rączki. Jeszcze momencik i zobaczy może kawałek Panoramy?

-„Tej nie kocham, tej nie jubię…” – zawodził coraz ciszej Potworek

Matka okryła go delikatnie kocykiem.

„Tej nie pocału…” – sapnął Potworek i zapadł w głęboki sen.

Matka odczekała dłuższą chwilę i podniosła się w ciemności z fotela.

Nagle łóżeczko skrzypnęło, Potworek zerwał się na równe nogi i radośnie wrzasnął Matce prosto do ucha:

„Najjepsa muzika??? Jak zawse – EJEMEF EF EM!!!

Kroki

Matka dziś idzie z MiaUżonem i Potworami do swojej dawnej parafii. W naszej rozpoczynają się dziś rekolekcje, będzie sporo ludzi i obserwacja wędrującego Potworka mogłaby być mocno utrudniona.

Za to tydzień temu, ze względu na zajęcia w weekendowej swojej szkole, cała Rodzinka wybrała się na mszę w sobotni wieczór. matka bardzo tego wariantu nie lubi, ale co zrobić – jak mus, to mus. Pogoda była okropna i w kościele siedziało zaledwie 20 osób.

Maryśka oczywiscie nie omieszkała biegać (jakie wspaniałe echo jest w takim pustym kościele! Można tupać, ile wlezie…) i pokonywac przeszkody, w postaci ławek górą. Matka z MiaUżonem próbowali, jak zwykle zapaść się pod ziemię.

Kiedy Maryśka po raz trzydziesty ósmy przebiegała tuż przed stopniami prezbiterium, ksiądz zaintonował pieśń wielkopostną.

Potworek znieruchomiał i otworzył paszczę ze zdumienia.

To nie była „Sifienta noc” ani nawet „Cuda, cuda ogłasajoooom”. To coś nie miało ani skocznej melodii, ani znanego tekstu i było raczej mocno archaiczne, jak sporo wielkopostnych pieśni zresztą.

Naród zamilkł, bo pieśń nie należała raczej do hitów ogólnie znanych, natomiast wikary, niezrażony, ciągnął dalej.

Potworek zastygł przed ołtarzem i nie wiedział, co dalej. Zwykle oddalał sie skocznym krokiem, zgodnie z melodią kolędy…

Rozejrzał się więc na boki i z wielkim wysiłkiem, dopasowując się jako-tako do pieśni, wykonał odmarsz, będący połączeniem kroku defiladowego Kompanii Honorowej Wojska Polskiego z Akademią Dziwnych Kroków…

Biorąc pod uwagę fałszowanie księdza, Matka uważa, że Maryśka odwaliła kawałek świetnej roboty…

Prezent

Janeczka poszła na imieniny do koleżanki, mieszkającej niepopodal.

Wcześniej jednak, musiała udac się do sklepu w celu nabycia drogą kupna prezentu i w związku z tym humor miała nienajlepszy…

-„Co mam kupić dla Uli?” – zapytała Janeczkę.

-„No wiesz…” – zamyślił sie Potwór-„ja sądzę, że dobra będzie jakaś lalka Barbie, do tego gra planszowa… Może karteczki? No i jeszcze lizaki, bombonierka, guma do żucia… Co tam jeszcze? Może segregator na karteczki? Starczy chyba?”

-„To ja jeszcze założę jej może konto w banku!” – burknęła Matka zła jak nie wiem co.

-„Że co?” – wywaliła oczy Janeczka

-„Nic, nic” – odrzekła Matka i pojechała na zakupy…