Ciotka przyleciała, ciotka odleciała. Podjadła, popiła i zadowolona była.
Potwory dostały prezenty: Janeczka piękny pamiętnik z bajerami w środku (koleżanki mają tam wpisywać w odpowiedznie rubryczki co lubią a co nie itd. I wszędzie brykają Kubusie Puchatki) oraz stado kolorowych cienkopisów. Do tego puzzle z 1000 elementów.
Wspólnym prezentem jest gra o Kopciuszku.
Maryśka dostała lalę, która rozdzierająco płacze , kiedy wyjmuje sie jej z buzi smoczek.
Kiedy więc zjedliśmy obiad i już bez dzieci naruszyliśmy sernik, trzeba było natychmiast schować grę na lodówce, bo Potwory prały się słownie i ręcznie. Nieważne o czym gra i co się przy niej robi. Tu chodziło o to, żeby jedna osoba rozczapierzyła się i trzymała wszystkie cztery pionki i kostkę do gry w garści…
Kiedy już sprawa gry została rozwiązana, Janeczka układała puzzle a Maryśka wyjęła smoczek z buzi lali.
Lala płakała przez godzinę bez przerwy z równą ochotą. Potem już nie dało się wytrzymać i ją zatkaliśmy.
Musi baterie Energizer do środka jej wsadzili…
Ale i one W KOŃCU się wyczerpują:-))
Cielę na niedzielę
Matka dziś od rana w kursie. Nic tam takiego. Zakupy, pranie, babskie sprawy. Bo jutro do Matki przyjeżdża ciotka, a właściwie stryjna. A może stryjenka? Matka nigdy nie wie. Siostra ojca.
Matka nabyła więc szybciutko kawał indora i zrobi go tym swoim sposobem pumperniklowym. Do tego coś jeszcze, zupa cebulowa (na wyraźnie życzenie ciotki), serniczek i może jeszcze drożdżówę, bo Potwory to ani cebulowej nie pojedzą, bo mleko w środku, ani sernika.
Tylko z ciotką to ma Matka ambaras. Bo ciotka tak ma, że ciał lotnych nie jada. Kur znaczy się, kaczek, gęsi i indyków. Bo obrzydzenie posiada od maleńkości.
Matka kiedyś podsłuchała, że jednakowoż rodzina robi ciotkę w konia. Czasami, bo ciotka czujna jest niesłychanie. Druga ciotka, bo ojciec miał dwie siostry, pracowała całe życie w Zakładach Jajczarsko-Drobiarskich. Synowie, synowe też. No to co sie u ciotki jadło? Drób.
No więc ciotka druga robiła tak zwany galart z kurczaka (a u nas mówi sie zimne nóżki, choć nie z nóżek) i nabierała ciotke pierwszą, obrzydliwą, że to cielęcina. I ciotka rąbała, aż jej się uszy trzęsły!
Ale jak po tygodniu się dowiedziała, co jadła, to już Matka nie napisze, co zrobiła…
No więc Matka wybadała już ciotkę telefonicznie, czy jada cielęcinę. Jada. Matka to nigdy nie robiła żadnej cielęciny, ale zrobi tego indora i powie, że to nie indor…
I po tygodniu też nie zdradzi tajemnicy.
A i Potworom zapowie, że to cielęcinka. Bo inaczej byłaby wpadka na całej linii.
No bo Potwory pasjami lubią zdradzać niecne zamiary Matki…
Gorzej, jak ciotka poprosi o przepis…
Nieskopji
Matka jak rano wkracza do pokoju Maryśki, to nigdy nie wie, czy Dziecię będzie miało humor, czy też nie. Bo jak humoru brakuje, to Potworek odwraca sie pewną częścia ciała i udaje, że dalej śpi.
Wykrzykuje przy tym różne hasła, niekoniecznie Matce akurat w tym momencie się podobające.
Sztandarowe to:
„Śpiem!!!”
Albo „Idź sobie, fstane jak ciocia przijdzie!”
I inne miłe takie.
Ale najczęściej jest normalnie i z uśmiechem.
Za to dzisiaj Matka nie wiedziała o co chodzi.
Maryśka spojrzała przez ramię, zakryła się kocem i zapiszczała:
„Nieskopji!!!”
Matka myślała, że coś źle usłyszała.
„Co ty powiedziałaś, kochana?” – zapytała
„NIESKOPJI!!!” – wkurzył się Potworek
„Ja to zupełnie nie wiem, co to znaczy…” – jęknęła Matka
Maryśka usiadła.
„Dzień do-bji, NIE je-stem S KO-BJI” – przesylabizowała wyraźnie Matce
No!Nie można było tak od razu?
Jakby Matka nie wiedziała, że dziecko z Kobry NIE jest…
Na wschodzie bez zmian?
Matka zajrzała dziś do bloga Ewy777 i zaraz jej się przypomniało mnóstwo rzeczy zza wschodniej granicy. Bo Matka to rusofilem jest absolutnym.
Może dlatego, że porozumiewa się bez trudu? Pewnie trochę też. Ale coś musi być w tym kraju, że się do niego wraca i wraca… Pomijając biedę i smród. Bo są takie. Zwłaszcza poza głównymi miastami.
A Matka pracowała kiedyś na wschodzie kilka razy. Raz pół roku w Rydze, potem ze trzy razy w Petersburgu a właściwie Peterhofie, raz w Wilnie. Wilno to już wiadomo, nie Rosja, ale klimat podobny. Dlaczego – każdy wie.
Ryga w 1990 roku zrzucała rosyjskie tablice, ale Leniny jeszcze stały. Nieważne, to takie piękne miasto.
Ale najdłużej Matka była w Petersburgu i łaziła tam wszelkimi opłotkami. Widziała mieszkania mafiosów i działeczki normalnych ludzi pod miastem. Jeździła elektryczką i rozmawiała z ludźmi. Bywała u znajomych Rosjan. Czasy, kiedy Potworów jeszcze na świecie nie było.
I pamięta pewne niedzielne, majowe przedpołudnie, kiedy pędziła ze stacji metra do kościoła św.Katarzyny na mszę. Samiuchne centrum, stacja Gostinyj Dwor i przejście podziemne.
W przejściu, jak to w przejściu, menażeria wszelka. Kasety video, skarpety, lody, płyty kompaktowe, ludzie grający na instrumentach i dziergających czapeczki na szydełku
I mnóstwo żebrzących ludzi.
Matce się śpieszyło okropnie, ale kątem oka zobaczyła staruszkę, która sprzedawała kwiaty. Ubrana była w straszne łachy, jak większość starszych ludzi, mających tam głodowe emerytury. Nogi popuchniete i pobandażowane. Do dziurawego swetra przypięty miała medal za blokadę Leningradu. Pewnie to było wszystko, co miała…
Staruszka trzymała w wyciągnietej ręce pęk tulipanów. Ale jakich tulipanów…Matka nawet nie wie, czy były żółte, czy czerwone, bo płatki miały wygięte do dołu i zaschnięte. Ileż ta kobieta tam stała? Matka zrozumiała, że trzeba być w skrajnej rozpaczy i biedzie, żeby wierzyć, że ktoś to kupi…
Matka wróciła. Zapytała o cenę. Usłyszała jakąś śmieszną sumę.
Wyciągnęła kilka razy więcej i zabrała kobiecie z rąk kwiaty.
Zanim uszła kilka kroków wszystkie płatki opadły na ziemię…
Matka nie wie, czy jest jakaś nadzieja dla tych ludzi.
Ludzi, którzy przeszli piekło w czasie blokady i którym daje się tylko talon na pół litra z okazji Dnia Zwycięstwa…
Kalendarz znów
Matka ma już kalendarz! Wisi na ścianie!
No ten kalendarz, co Matka o nim o tu pisała.
I kolega go nie załatwił. Podobno nie może. A te, które dostał już dawno rozdał, nawet się nie przyglądał z czym ten kalendarz jest.
No to Matka wykonała oficjalny telefon do Bardzo Ważnej Pani Szefowej od Marketingu. Wyjaśniła, że jest matką dziewczynki,której rysunek, czy jak kto woli jego reprodukcja, ozdabia styczeń w kalendarzu.
I czy Wielkie, Bogate Zakłady byłyby tak uprzejme i podarowały tejże dziewczynce jedną sztukę onej publikacji.
Matka myślała, że zaraz, natychmiast, automatycznie a tu nie!
Pani zapisała dane i powiedziała, że oddzwoni. Oddzwoniła na drugi dzień. Doniosła, że (uwaga, Matka cytuje, żeby nikt nie miał wątpliwości)”prośba została załatwiona POZYTYWNIE”.
Matkę wiadomość zwaliła z nóg. MiaUżon pojechał do Zakładów, wypaliwszy benzyny, za którą można by pewnie zakupić dziesięć kalendarzy Pirelli i przywiózł.
Kalendarz wydany pięknie. Ogromny.
MiaUżon zapytał pani, czy nie znalazłby się jeszcze jeden, dla Babci, bo jest taka dumna z wnuczki.
„Nie znalazłby się!!!” – powiedziała pani, otwierając drzwi kanciapy i zdejmujac jedna sztukę ze stosu takich samych kalendarzy.
Matka coś czuje w kościach, że cały rok będzie u nas wisiał styczeń…
Nicnierobienie
Wczorajszy, bardzo późny wieczór.
Janeczka już się kąpie, Maryśka z zapałem grzebie w pudle i rozwala na prawo i lewo zabawki.
Z pracy wraca MiaUżon. Pora wcale nie dziwna, zawsze tak wraca, dobrze, jak zdąży przed położeniem Potworów spać.
Maryśka z trudem i niechęcią odrywa się od pudła, wybiega mu na spotkanie, bierze się pod boki i mówi z wyrzutem:
„No, najeście! Cały dzień NIC NIE JOBIE, tyjko cekam na ciebie!!!”
Atak Bladych Twarzy
Matka parę dni temu siedziała wieczorem z Potworami w domu. To jest czynność, którą Matka zawsze wykonuje wieczorem i nie może nic, ale to kompletnie nic dodatkowo zrobić, bo Potwory pojawiają się, jak duchy i przeszkadzają.
Akurat w tym momencie wieszają się na drzwiczkach nagrzanego piekarnika, muszą, ale to koniecznie muszą jeździć samochodzikami po płycie, na której smażą się kotlety i tak dalej.
Matka przeczeka jeszcze te dwa, trzy lata i wtedy wieczorami coś robić będzie.
Ale Matka jak zwykle nie o tym miała pisać.
Wróci więc do typowego wieczoru, kiedy siedziała z Potworami przy stole. Maryśka „czytała” książeczki, gotowała wirtualna wodę, z której przyrządzała Matce równie wirtualne kawki i herbatki.
Po pewnym czasie Janeczka przeniosła się na górę do swojego pokoju a Potworek tego nie zauważył, dzięki czemu Matka miała chwilę ciszy bez darcia piór.
I wtedy stała się rzecz nieoczekiwana, bo zadzwonił dzwonek do drzwi.
Za drzwiami stali znajomi – Matka niezmiernie się ucieszyła z ich wizyty.
Znajomi zadali parę kurtuazyjnych pytań w stylu:
„A co tam słychać? A co robisz? A czy na pewno wszystko w porządku? A zdrowa jesteś?” . I jeszcze parę innych, zaczynających się na „a”, na które zwykle nie zwraca się uwagi i odpowiada byle co.
Znajomi siedli, wypili kawę, herbatę, podjedli ciasteczek, pogadali. Zapytali znów, czy aby wszystko w porządku.
Matka zaniepokoiła się, czy ktoś nie rozpuścił jakiejś plotki o jej rzekomej chorobie, albo jakowychś kłopotach. Nie, nie rozpuścił. Oni tylko tak się pytają, bo to różnie bywa.
Matka zrobiła kolejną kawkę, Potworek przyniósł parę wirtualnych napojów, goście zadowoleni wypili i dalej przyjemnie gawędzili z Matką.
Po godzinie, może półtorej pojawił się MiaUżon, również bardzo ucieszony z gościowej niespodzianki.
Wszedł, spojrzał na gości, potem na Matkę, wywalił oczy i spytał grzecznie:
„A TY, KURCZĘ, CO???!”
Matka tez wywaliła gały.
„Co – co?” – zapytała
„No nie wiem sam – co? Atak bladych twarzy?” – dalej bredził MiaUżon.
„Że jak?!” – Matka się wkurzyła
„No zobacz tylko na siebie!”
Matka spojrzała, ale nic nie zauważyła. Pomacała nieśmiało głowę.
A tam indiański pióropusz Janeczki…
Poza schematem
Matka wróciła wczoraj z wywiadówki. Ostatni sprawdzian Janeczki znowu cały zrobiony idealnie. Za to ocena opisowa za półrocze już nie aż tak rewelacyjna…
Wiadomości elegancko. Teraz to nie jest tak łatwo. Pani daje zadrukowana kartkę, na której wypisane sa osiagnięcia ucznia, po czym podkreśla przy nich właściwą opcję. Np. uczeń potrafi czytać – pojedyncze wyrazy, całe zdania, szybko, wolno itd.
To samo jest z zachowaniem.
No i tu Janeczka leży.
Bo nie zachowuje się w klasie i na przerwach w sposób zapewniający sobie i innym bezpieczeństwo. Nawiasem mówiąc idziemy prześwietlić zęby i to, że teraz będzie dobrze (jeśli będzie) nie oznacza, że za pół roku, albo potem ząb nie stanie się martwy… A co oznacza martwy ząb, nie trzeba pewnie nikomu mówić. Za jakiś czas go nie ma. Ale Matka woli być dobrej myśli.
W opcjach:” Uczeń w klasie: nigdy nie przeszkadza nauczycielowi, czasami przeszkadza, zawsze przeszkadza – Janeczka ZAWSZE PRZESZKADZA!
Pióra jej z kupra Matka wyrwie!
Natomiast Matkę rozbawiła jedna rzecz. Janeczka nie zmieściła się bowiem w schemacie:
Uczeń w klasie wykonuje zadania:
wolno
dość szybko
szybko
Pani skreśliła wszystkie i napisała wołami:
„ZA SZYBKO!!! A POTEM PRZESZKADZA INNYM…”
Potwór Europejczykiem
Matka wczoraj wspominała o konkursie i tym, że Janeczka zrobi rysunek z jednodniowym opóźnieniem. Zrobiła. Portret małego Europejczyka.
MiaUżon nabył szary karton, żeby nie trzeba było tak strasznie kredkami smarować, Matka przecięła go na pół, również z wyżej wymienionych względów.
Janeczka siadła i rąbnęła na środku swój portret z polską i unijną chorągiewką. Matka popatrzyła i zaproponowała, żeby coś może tak po bokach rzucić, to by lepiej wyglądało.
Janeczka postanowiła zrobić pejzaż z Europą. No! Trochę tak, jak obrazy średniowieczne, ale okno sobie darowała.
Matka przywlokła Janeczce pomoce naukowe i Potwór wybrał sobie elementy do pejzażu.
Hmmm, sztandarowe, Matka powiedziałaby.
Z braku aparatu Matka opisze. Nawet lepiej, że opisze, bo można by się nie zorientowac o co chodzi.
Po lewej stronie Janeczki stanął wiatrak holenderski, Big Ben, Wieża Eiffla i dwa okręty (okręty pływające po wodach zdecydowanie międzynarodowych)
Poniżej Janeczki widać bardzo, a bardzo krzywą wieżę w Pizie i bliżej niezidentyfikowaną grecką światynię. Pewnie miała być Partenonem… Zresztą trzy czwarte elementów się przewraca bardziej, niż wieża w Pizie.
Po prawej stronie Potwora oczywiście Pałac Kultury i Nauki.
Nad głową płynący prom do Szwecji a między elementami pejzażu rozrzucone luźno łańcuchy górskie.
A potem Potwór poszedł na spoczynek, wskutek czego nie ma latających ptaków, rosnących kwiatków i trawki. Ale nic to!
Będzie bardziej przejrzyście.
MiaUżon zaniósł, Matka miała wolny wieczór, bo Potwór smarował z wywieszonym językiem.
No, może taki wolny całkiem to nie, bo zatemperowała w międzyczasie dwadzieścia siedem kredek.
Przynajmniej może na wywiadówce popatrzeć prosto w oczy pani!
Mechaniczne anioły
Matka po zębach Janeczki musiała sobie humor poprawić i zajrzała do nowego licznika. Bo stary, jak wiadomo, padł.
Liczniki same w sobie są do chrzanu, bo każdy liczy jakoś inaczej i nijak to się nie ma do statystyk, ale za to pośmiać się można. W starym Matka żadnych wesołości już nie miała, bo dwadzieścia pozycji zajmowały rzeczy oczywiste, których u Matki szukano, czyli polki, matki-polki, mattkipolki, jęki, lęki, potwory, tarty, torty i tiramisu, i to wszystko w konfiguracjach różnych.
Raz tylko pojawiły się potwory, strzygi, upiory. No to też sprawa oczywista, w końcu Matka jest dokładnie, wypisz, wymaluj taka.
Ale teraz to Matka może wreszcie się pośmiać i dowiedzieć, co też ludzie w wyszukiwarkę wpisać mogą. A mogą, oj, mogą. Człowiek by chciał, to by nie wymyślił!
No bo na stronę Matki wszedł ktoś, kto wpisał sobie:
„Pingwin królewski”
„Diadem dla dziewczynek”
i hit absolutny, tudzież hasło dnia:
„Anioł dzwoni do warsztatu”…
Hmmm, jak zahaczył skrzydłem, to może raczej do weterynarza? A może to jest anioł z turbodoładowaniem i dlatego do warsztatu?
Anioły-cyborgi? Świat się kończy…