Po walce

Janeczka poszła dziś do szkoły jak bokser. Dodajmy, że jak bokser po walce…

Kiedy wczoraj przyjechała z MiaUżonem, poszła od razu na sanki. MiaUżon miał jednakowoż minę mocno niewyraźną.

„Co znowu?” – zapytała Matka krótko i treściwie

„No nic. Normalka. Znowu zęby” – rzucił MiaUżon z nadzieją, że Matka odpuści.

Matka odpuści! Zaraz! Jak Matka słyszy hasło „zęby Janeczki”, to wszystko wypada jej z rąk! No, chyba, że trzyma upaćkany pędzelek. Życie już Matkę nauczyło, że wtedy się nie opłaca nic upuszczać…

„A co z zębami?” – spytała Matka, grzebiąc w pamięci, czy znowu jakiś był do wyrwania, a jej to umknęło?

„Jakiś chłopak podstawił jej nogę i uderzyła twarzą w podłogę…”

Tu Matce zrobiło się ciemno przed oczami

„…no i krew się polała tak, że pani od razu ją zgarnęła do dentystki”

„I?” – Matka bardzo nie lubi, kiedy ktoś w takich wypadkach bierze oddech, choć stara się ze wszystkich sił go rozumieć.

„No i rozcięta od środka warga, krwiaki wokół górnych, stałych jedynek i nie wiadomo, co dalej. W praniu wyjdzie”

Matka nie wytrzymała i zawołała do domu Janeczkę. Zajrzała w paszczę. Od razu pożałowała, że to zrobiła. Wyglądało bardzo nieciekawie. Ząb, który dopiero co wyjrzał przybrał kolor mocno szary. Drugi, co to już wystaje do połowy wygląda lepiej, ale spuchnięte wszystko nieprzytomnie. Janeczce paszcza prawie się nie zamyka.

Co miała Matka zrobić?

Przepytała Janeczkę na okoliczność. Dowiedziała się, że rzecz stała się na przerwie, w klasie, pani była. Janeczka szła, na szczęście nie biegła. Chłopię wystawiło nogę i Janeczka padła.

Mamusia chłopca pracuje w sekretariacie szkoły.

Okazało się, że kilka osób wcześniej już ucierpiało podobnie, bo chłopca to bawi.

Matka dziś idzie na wywiadówkę i myśli sobie, że świat zmienia się niewiele. Chłopca przyjdzie Janeczce omijać szerokim łukiem i tyle.

Przecież go nie przybiją za uszy do ściany…

Ani Matka nie przybije rodziców…

Bo jeszcze na wywiadówce ich ani razu nie było…w końcu mamusia pracuje w szkole, no nie?

Łapki Potworów

Odkad urodziły się Potwory, Matka ciagle próbuje znaleźć w nich coś znajomego. Takie dziesięć szczegółów, którymi NIE różnią się dwa obrazki.

Matka tak ma zresztą ze wszystkimi. Nawet w autobusie porównuje dzieci i rodziców, albo stare zdjęcia z nowszymi. Może to tak jej się porobiło od malowania kopii?

Jeśli chodzi o Janeczkę sprawa jest prosta.Potwór różni się od MiaUżona jednym, ale za to najistotniejszym szczegółem. Wszystko inne to kopia niemal doskonała. Skala trochę inna, ale kopia wymiary inne mieć może, a nawet powinna.

Z Maryśką za to sprawa jest utrudniona i Matka mówi na nią Mieszanka Wedlowska. Nie wiadomo co od kogo. Tylko stopy z Janeczką mają takie same, MiaUżonowe.

Za to łapki – inne. Janeczka urodziła się ze ślicznymi rączkami. W ogóle cała przeczyła stwierdzeniu, że noworodki sa brzydkie. Nic z tego. Nad Janeczką wszyscy ochali i achali.

Maryśka była inna.

I te łapki takie dziwne. Paluszki długaśne, jak u pająka.

Potem się Matce przypomniało, że podobno też takie miała. A teraz już całkiem, całkiem normalne. Czyli dobrze będzie.

Ale Maryśka nie robi się wcale podobna do Matki, tylko jest dalej wymieszana. I Matce to wcale nie przeszkadza w dopatrywaniu się podobieństw, co jest rzeczą trudną.

Wczoraj Maryśka przeglądała sobie, stojąc koło Matki, książeczki. Czynność najulubieńsza, zaraz po jedzeniu.

Matka wzięła rączkę Maryśki, popatrzyła na nią i powiedziała do siebie:

„No i od kogo ty masz te łapki, Marysiu?”

Potworek obejrzał fachowo swoje lekko zielone paluszki.

„Od pisakóf!” – odpowiedział bardzo zadowolony, że pomógł Matce…

Biblioteka

Matka ma cztery prace do napisania na swój kurs pedagogiczny. Pomija milczeniem fakt, że miało ich być w sumie trzy sztuki a już jest siedem, bo Matka jak zwykle nie o tym chciała…

Matkę poraziły mianowicie oststnie zajęcia. Przez to, że Matce wgnietli hopelka, Matka całkiem zapomniała.

Ale przypomniało jej się, bo musi napisać pracę domową. Takiej, jak ta , to się nie wlicza do ogólnego rachunku, no bo jest z gatunku bardzo śmiesznych. A właściwie to nie, praca jest normalna, pożyteczna i w ogóle. Matka się nie natrząsa. Ale…

Ale na tym kursie trzeba mieć już magisterium a przynajmniej licencjat. Bo kurs ma status studiów podyplomowych.

Matka rozumie, że zakłada się w ten sposób, że uczestnicy pokończyli szkoły i mają wiedzę w temacie.

A potem funduje im się zajęcia tak zwane biblioteczne, na których Matka się dowiaduje, że:


1.W bibliotece są książki.

2.Można z nich korzystać

3. Nie wszystkie można dostać do domu.

4.Są tez dwa katalogi – alfabetyczny i tematyczny

5.Jak się szuka książki w katalogu komputerowym, to trzeba posługiwac się strzałkami i klawiszem enter…

Pisać więcej?

Matka oszczędzi Wam cierpień.

I napisze listę dwudziestu książek, które mogą jej się przydać do pracy.

I postara się pamiętać, że książka zwykle ma tytuł, jakiegoś autora, miejsce i rok wydania…

Praca domowa

Matka miała wczoraj luźniejszy dzień.

Janeczka wystepowała mianowicie w szkolnej świetlicy na imprezie z okazji Dnia Babci, a ponieważ wszystko odbywało się o 15.00, więc pojechała potem z teściową do jej domu. Kolejną atrakcją miała być kolęda, ale Potwór się nie doczekał i został porwany przez MiaUżona.

Mógł za to pojeździć przed domem na sankach.

Godzina zrobiła się niekoniecznie najwcześniejsza a tu trzeba było jeszcze odrobić lekcje.

Tymczasem okazało się, że lekcje sa zrobione już u Babci i do tego całkiem przyzwoicie. Matka odetchnęła i pozwoliła Potworowi patrzeć na dobranockę.

Miało być tak pięknie…

Kiedy bajka się skończyła, Janeczka spakowała tornister i przyniosła Matce podręcznik. Z tyłu pani ślicznie wpisała:

„1.Portret małego Europejczyka

2.Ja i moja rodzina w zmieniającej się Europie”

Matce to się w takich przypadkach biało robi w oczach, a potem fioletowo.

„Ahaaaaa” – powiedziała uprzejmie Matka – „i co z tym trzeba zrobić?”

Pytanie konkretne. No bo co? Kubek ozdobić? Szalik wyszydełkować? Rozprawkę napisać? Igły i nici przynieść? Na jutro? Na futro? Na Wielkanoc?

Janeczka uruchomiła wszystkie szare komórki.

„Eeeeeeee….narysować. Jak się chce.”

„A może wiesz na kiedy?” – wierciła dalej dziurkę Matka

„Nooooo, chyba na jutro….”

Matka padła.

Janeczka siadła i narysowała swój portret, który pasowałby także do tematu: „Rola ziemniaka pastewnego, kradzionego poprzez własne wyrycie, w dokarmianiu dzików”.

Matka wysłała Potwora do kąpania, bo pora nie pozwalała akurat na żadne inne pizdryki. Wzięła do ręki telefon i zadzwoniła do koleżanki, która uczy w tej samej szkole trzecie klasy.

Dowiedziała się od niej, że o konkursie (tak! konkursie!) wiadomo od dwóch tygodni z okładem. Czemu pani wpisała dopiero wczoraj – nie wiadomo.

Pani kazała wpisać dzieciom coś tam do zeszytów a tylko Janeczce zrobiła to osobiście.

Dodajmy, że w szkole jest oczywiście kserokopiarka dla nauczycieli…

Nie, no Matka to już wierzy, że to kosmiczny przypadek!

Koleżanka poczeka i wyśle prace dzień później.

To oznacza, że Matka spędzi dziś z Potworem parę godzin na rysowaniu.

Bo Janeczka rysuje wolno. A Matka tego za nią robić nie będzie!!!

Bo, na litość, to konkurs dla dzieci a nie rodziców jest.

Matka coś czuje w kościach, że nie napisała tu nic, co byłoby dziwne dla kogoś, kto ma szkolne dzieci, albo sam dobrze pamięta, jak to było…

Kartka

Wczoraj wieczorem MiaUżon ruszył na przegląd janeczkowego pokoju.

Jeśli sie tego regularnie nie będzie robiło, Janeczce grozi, że nie będzie w stanie wejść i utknie w progu na amen.

Czynność wykonuje się wyłącznie wtedy, gdy Janeczka przebywa w szkole, ale Matce szkoda dnia, żeby grzebać w śmieciach, jesli może tym czasie pomalować.

Wczoraj jednak MiaUżon miał z Janeczką chyba nieco na pieńku, bo wtargnął, gdy Potwór zażywał kąpieli.

Wywalił jakieś papierki po ukradkiem zjedzonych lizakach, poprzesuwał rzeczy na właściwe miejsca i odkrył na radiu kartkę.

Kartka była wielka i wołami napisane na niej było:

„CIOCIA, ODWRÓC NA DRUGĄ STRONĘ.

MASZ TEGO RADIA NIE RUSZAĆ, ROZUMIESZ?!!!!!


Uffffffff…..

Kartka została zabrana i schowana.

Panie Boże, dzięki Ci, że ciocia Ania jej nie widziała. Ciocia Ania – Maryśki kochana niania. Pewnie włączyła radio albo jakąś kasetę Maryśce…

Matce ręce opadają.

A tu zaraz ferie i Potwory będą się kotłować razem.

Matka już się boi, co też z tej Janeczki jeszcze wylezie.

I kiedy wyłazić w końcu przestanie?

No bo Matka ma nadzieję, że jednak Potwór ze sknerstwa wyrośnie…

Koncert życzeń

Maryśka z uporem maniaka życzy sobie wieczorem zamiast bajki kolędę. Matka zastanawia się, co będzie, kiedy zacznie się Wielki Post, a to przecież tuż, tuż…

Na razie próbuje sprostać wymaganiom Potworka, choć Janeczka protestuje ze swojego pokoju, że jej to przeszkadza. Ha, trudno. Matka spiewa, jak śpiewa. grunt, że Maryśkę to usypia…

Ale nie ma tak, że śpiewa się byle co.

Matka na początku wciskała Potworkowi Cichą noc i jakoś to było. Niestety – Maryśka bardzo się w kościele wyedukowała i składa inne zamówienia.

No wieczorny koncert życzeń, jak nic.

Tyle tylko, że ten koncert życzen to jest połączony z Kołem Fortuny. Nagród nie dają, ale musi sie udać.

Bo Maryśka wczoraj zapodała tekst:

„A dzisiaj popjosę takom kojeńde:

„Sifienta noc,

Cuda ogłasajom,

Matka sifienta

Pjojokuje…”


No to Matka rach, ciach podzieliła tekst i zaśpiewała Potworkowi „Cichą noc” upychając tam noc świętą i Matkę świętą, po czym „Dzisiaj w Betlejem”, gdzie cuda się zmieściły.

Ale jak Matka by nie śpiewała, to zawsze zostawało jej „prorokuje”.

I za nic Matka nie wie od czego to i gdzie upchnąć…

Bzdety

Matka musi sie ostro spiąć. Założyła sobie, że do końca tygodnie skończy obraz. Koniecznie.

I jeszcze w tak zwanym międzyczasie zacznie kolejny, bo na Wielkanoc musi być gotowy.

A tu niania mówi, że nie będzie jej w piątek, potem w środę i czwartek, i piątek. Matko jedyna!

I Janeczka w tym czasie ma ferie…

Wychodzi na to, że Matka w takim jakimś feralnym dniu sypnie się z MiaUżonem i obrazem do Żarnowca. Wzcoraj Matka zajrzała, żeby dokładniutko zlokalizowac miejsce i zbladła. Wyżej nie mogło być?

Żeby choć wykąpać się w morzu można było, a tu tymczasem nawet bojery się nie przydadzą!

Za to Potworek naostrzył sobie ząbki na sanki matczyne, co to nawet od Matki starsze są i nic mu z tego nie wyjdzie! Bo właśnie na ten cudny śnieg zaczął lać deszcz okropny i może być bajka na drodze!

No! To zaczął się kolejny, normalny tydzień!

Co jeszcze przyniesie?

Narty mistrza

Potwory patrzyły wczoraj – jak zwykle- z MiaUżonem na skoki. Matka ma wtedy święty anielski spokój i może zająć się jakąś niezwykle ważną czynnością, nie cierpiącą zwłoki.

Wczoraj to było na przykład tłuczenie kotletów. Matka wyciągnęła bowiem z zamrażarki kawał karczku na pieczeń, który to karczek okazał się być schabem. Matka tak się ucieszyła, że miast go upiec, porżnęła i zrobiła półtora kilograma kotlecików.

Panowie skaczący mieli więc oryginalny doping Matki.

Mały procent widzów przed telewizorami zgrzytał za to straszliwie…

Ale Matka znowu nie o tym.

Wieczorem Maryśka, siedząc na nocniku, zabawiała się w komentatora.

„I oto, pjosę panstfa, pjosę panstfa, leci! Leci kto? Tak, tak, zgadli panstfo, leci Adam Małys!”

„A na czym on leci, Marysiu?” – nie wytrzymała Matka

Potworek spojrzał rozbawiony:

„Jak to na cym? Nie wies? Na tejewizoze!”

Po 16

Matka po imprezie. Spokojnie było, no bo jak miało być, jeśli na środku kotłowała się czwórka dzieciaków a dorośli kurczowo trzymali talerzyki z ciastem?

Ale dzieci zachowywały się elegancko i wytwornie. Jubilat zobaczył lalkę w zmontowanym świeżo wózku i osłupiał!

Po pierwsze – chyba nie widział takiej lalki.

Po drugie – ona miała oczy i ich używała. Patrzyła, znaczy się.

Po trzecie – posiadała wszelkie inne części takie, jak i Szczepan. No, może poza maleńkim wyjątkiem… Wyglądała zatem jak inna dzidzia.

Szczepan wyciągał grabkę do lalki i zaraz cofał. No bo z taką to nic nie wiadomo! Jak patrzy i to i w mordę może dać.

Matka nie wie, jak dziś, ale wczoraj lalce okazywany był pełen szacuneczek tudzież zainteresowanie…

Mama Szczepana wcale zdziwiona nie była.

Tato Szczepana upewniał się za to kilkakrotnie, że to prezent dla Jubilata a nie podręczna lala Maryśki…

I dlatego Matka to już zupełnie pewna jest, że dobrze zrobiła…

Opel odmieniony…

Matka zaraz startuje z Rodziną. Lalka zapakowana, wózeczek też i inne pizdryki dla starszego brata.

Niestety Matka ma też problem, który będzie kosztował Matkę 250 złotych.

Bo Matka wczoraj jadąc na kurs podrzuciła do m-punktu ładowarkę od swojego nowego telefoniku, który musiała reklamować. I zaparkowała w samiuchnym centrum, zapłaciła i po minucie była z powrotem.

I hopelek też stał, ale nie wyglądał dokładnie tak, jak go zostawiła…

Bo na miejsce obok, które było wyjątkowo wąskie, wjechał jakiś pan dużym, nowym, srebrnym samochodem i podobno zaraz się wycofał, i odjechał jeszcze szybciej, tak, że parkingowy nie zdążył nawet do niego dojść.

I Matka wie czemu. Bo pan sie nie zmieścił!

I Matka teraz ma wgnieciony prawy przedni błotnik.

I szukaj wiatru w polu.

Nawet nie było nic słychać, ale sam pan na pewno usłyszał…

Samo życie. Znowu.

Trudno, bywa gorzej…

Więc Matka jedzie i zamierza się dobrze bawić!