Pączki???

Matka siedzi i nerwowo wykańcza obraz na jutro. I raniutko śmiga z nim na sam czub Polski. Ciekawe, czy wrócić zdąży? A trzeba. bo Potwory zjedzą Babcię!

Jeszcze tabliczkę po nocy pozłociła, zaraz polakieruje i napis zrobi. Bo pod obrazem napis być musi.

A teraz włączyła internet i czyta, że tu pączki, tam pączki. Czy to Tłusty Czwartek dzisiaj???

Jeju, Babcia nic nie powiedziała, hopelek w warsztacie, MiaUżon w pracy, sklepu na piechotę nie uświadczysz…

Nic z tego, odchudzamy się!

MiaUżon pewnie przywiezie po nocy te pączki…

Póki co przyjdzie się oblizać i zjeśc wirtualnego!

Czujniki

Matka wynajduje u Maryśki coraz więcej zamontowanych fabrycznie czujników. Pierwszym był oczywiście czujnik w pupie, tzw. „na łóżeczko”. Matce się wydaje mocno, że bardzo dużo dzieci takowy posiada. Śpią mianowicie na rękach aż gwiżdże, ale zaraz po dotknięciu pupą materacyka budzą się i nie ma zmiłuj się. Na szczęście ten czujnik zanika samoistnie około roku i pół. Ale nie wszystkim!

Kolejny, jaki Matka znalazła to ten czujnik smaku, o którym pisała parę dni temu. Żaden dodatek czegoś paskudnego do łyżeczki dobrego syropku się nie udaje.

Teraz jednak Matka przypuszcza, że zamontowała Maryśce także czujnik podejrzliwości – może go trzeba by nazwać inaczej, nie wiadomo.

Matka wyłuszczy o co chodzi.

Potworek wychodzi pomału z wieku, kiedy dziecko zarzuca rączyny na szyję rodziców i ładuje akumulatorki. Rozpoczyna się okres strząsania z siebie rodziców…

Matka próbuje wykorzystać ostatnie podrygi i czasem namawia Potworka:

-„No chodź, daj Mamie buziaka!”

Potworek zwykle ma jedną odpowiedź:

„Nie!” – krótko i bez dyskusji.

Ale Matka zaraz kombinuje:

-„Chodź. Wezmę sobie sama! MAŁEGO!”

Potworek lituje się nad Matką i przybywa. I oczywiście natychmiast, w ostatniej chwili, odwraca się na pięcie, i zarzucając pupą, jak radiowóz na amerykańskich filmach, odbiega wołając:

-„Oj nie, oj nie! Bo ty na pefno beńdziesz ściała mi dać DUZIEGO zamiast MAŁEGO!!!”


Ciekawe, skąd to wie?

Wózek

MiaUżon wczoraj po nocy, z własnej, nieprzymuszonej woli, wyciągnął wózek. Wózek dziecięcy.

Maryśka jeździła w nim tylko chwilkę, ale Janeczka owszem, owszem. Maryśce, w związku z wyjazdem w góry nabyliśmy porządny, składany, na pompowanych kołach, kiedy miała dwa miesiące. Poprzednik stał za to w domu i słuzył do spania dziennego. Świetnie się do tego nadawał, bo miał zawieszenie na paskach i można było bujać dziecię na wiele sposobów. Ładny był, kawka z mlekiem. Potem zdejmowałao się głęboki i zakładało spacerówkę i dalej można było usypiać, przypinając szelkami.

Matka w związku z nagromadzeniem dziecinnych rzeczy, które nieustannie napadały Matkę, kiedy wchodziła do schowka, postanowiła wykonać telefon do Domu Samotnej Matki, prowadzonego przez bliżej nieokreślone siostry w małym mieście nieopodal.

Dowiedziała się z radością, że siostry bardzo chętnie przyjmą i wózek, i łóżeczko, i ubranka, i zabawki i wszelkie inne rzeczy, ponieważ dziewczyny które tam mieszkają, po pewnym, ustalonym czasie przechodzą gdzie indziej i zwalniają miejsce dla kolejnej młodej mamy. Przerób potrzebnych rzeczy jest więc ogromny.

Tymczasem okazało się, że w placówce opiekuńczo-wychowawczej, w której MiaUżon był wychowawcą przez dziesięć lat, znajduje się dziewczyna, lat piętnaście, w dziewiątym miesiącu ciąży. Nic specjalnie dziwnego.

Dziewczyna nie ma nic, bo bieda w domu aż piszczy. Matka nie jest w stanie jej utrzymać. MiaUżon postanowił zawieźć jej wózek, tym bardziej, że usłyszał, że dziewczę pojedzie właśnie do domu, prowadzonego przez siostry. Matka dziewczyny ucieszyła się, że to będzie blisko i będzie mogła odwiedzać wnuczkę.

MiaUżon zawiózł dziś wózek. Zmontował. Wzruszone dziewczę przytargało go pod swoje łózko i patrzyło, i patrzyło. Mimo artykułu w gazecie nic więcej nie dostała.

Dziś miała jechać do domu sióstr. To świetna placówka. prowadzona z miłością i oddaniem, tak, jak siostry tylko potrafią.

Nie pojedzie. Nie pojedzie, bo MOPR oszczędził na niej i wysłał ją sto kilometrów dalej, bo tam jest sto kilkadziesiąt złotych taniej.I państwowo.

Babcia nie będzie miała za co dojechać, żeby odwiedzać wnuczkę.
Bo to nie jest rodzina patologiczna, tylko skrajnie biedna.

Matka kombinuje, co robić.

Co robić???

Gazetę nasłać, żeby jeszcze raz napisali?

Że tez ta Holly teraz musi w tych Indiach…

Pranie

Teraz to pranie nudne jest…

Matka wkłada rzeczy do pralki, sypie odpowiedni proszek, wlewa coś tam jeszcze, żeby pachniało, plamy zlazły i oślepiało bielą – i tak się robi.

Nie to, co kiedyś…

U Matki w domu pojawiła się pralka automatyczna. Pierwszy możliwy Polar, taki ze światełkami w metalowej obudowie i chromowanym pokrętłem. Matka była w starszakach, więc musiał być rok chyba 1972…

Najpierw rodzice trzy dni chodzili naokoło pralki i kombinowali. Może jednak Franię z wyżymaczką przyniesć?

W końcu kupili proszek. Wtedy były dwa możliwe – BIO i Pollena.

Zadzwonili po znajomego pana Jurka. Tak na wszelki wypadek. Przybył z odsieczą i ręcznikiem. Dorzucił ręcznik do prania, żeby miec namacalny dowód, że się jednak pierze.

Matka Matki nastawiła pranie zgodnie z instrukcją, która zawsze leżała potem na pralce, bo to przecież szczyt automatyki polskiej był.

Znajomy zasiadł na wannie i nie ruszył się stamtąd przez dwie godziny, aż pralka odwirowała.

-„Oooooo! Jest! Jest!” – ryczał radośnie pan Jureczek za każdym razem, kiedy migał mu w polu widzenia jego ręcznik.

Pralka więc prała. I to jak prała!

Ojciec Matki mawiał, że jest szalenie interesująco, bo nigdy nie wie, w jakim kolorze będzie chodził…

Za każdym razem bowiem, kiedy Matka Matki nastawiała białe pranie, wychodziło ono w innym odcieniu.

Zawdzięczaliśmy to ówczesnej technologii proszkowej. Biała podkoszulka biała była jedynie do pierwszego prania. Najczęstszym uzyskiwanym kolorem był żółty.

Ale niekoniecznie. Bywało, że chodziliśmy w bieliźnie sinej, fioletowawej lub szarej. A zależało to od proszku i ewentualnych wtrętów. Bo jak się zaplątała jakaś skarpetka a Matka Matki wygotowała towarzystwo to umarł w butach…

Matka poszła raz do Siostry Matki w odwiedziny. Siostra Matki bywała w tamtych czasach na zagranicznych, dolarowych wycieczkach i przywoziła stamtąd rzeczy takie, że mózg stawał.

Mała Matka weszła – a tam Ciotka siedzi i ma łzy w oczach. Na korytarzu, na sznurku wisi pranie.

-„Co się stało, ciociu?” – zapytała wystraszona Matka

-„Zobacz, zobacz” – zachlipała ciotka-” Przywiozłam Leszkowi z Włoch taką piękną firmową koszulkę Pumy…”

Matka z ciekawością się rozejrzała. Na sznurku wisiała porażająco piękna, seledynowa koszulka z pumą i napisem. Kolor nieprawdopodobny w komunistycznej szarzyźnie połowy lat siedemdziesiątych.

-„O matko, jaki piekny, zielony kolor!” – jęknęła mała Matka

-„No właśnie!” – zalała się łzami Ciotka – ” co ja powiem Leszkowi? Przed praniem była cudownie błękitna!”


O! I gdzie tu teraz takie niespodzianki?

SKO jak w PKO

MiaUżon pojechał z Janeczką do lekarza. Niby nie jest tragicznie, ale Potwór kaszle brzydko, więc przydałoby się go osłuchać.

Rano hopelek Matki pojechał do warsztatu i będzie miała klepany i malowany błotnik. Cztery dni z głowy.

Żeby nie to, że za tę usługę Matka zapłaci 250 złotych, to można by się nawet cieszyć! Bo Matka, jak nie wychodzi z domu, to raczej nie wydaje pieniędzy. Raczej – bo płaci rachunki przez internet, ale za to nie napada hipermarketów i nie upycha potem w hoplu pod wycieraczką papierków po Princessach…

Matka zaraz więc policzyła, że zaoszczędzi na tym niewychodzeniu tak, że ho, ho! Nic ja nie będzie kusiło. Ani czekolada (no Matka to z tym ma fatalnie, że nie kupuje jednej, tylko zaraz dziesięć, bo tłumaczy sobie pokrętnie, że nie będzie przecież 10 kilometrów do sklepu potem jechała.), co to potrafi jedną tabliczkę do – słownie- również jednej kawy zeżreć, ani żelki w Lidlu, pakowane po 400g na Matki szczęścio-nieszczęście, ani inne takie. No Matka nałogowcem jest i koniec. Jak się zaprze, to nie je, ale jak jest, to razem z MiaUżonem wyczyści wszystko…

Wracając do sprawy – Matka w ten sposób powiedzmy, że oszczędza.

A właśnie wrócił MiaUżon z Janeczką od lekarza i rzucił mimochodem:

NIC jej nie jest! Osłuchowo w porządku, tylko zły syrop jej dawałaś, więc pani zapisała inny. I jeszcze tam takie inne leki. Wykupiłem! 97 złotych!”

Czy Matka pisała, że oszczędza, nie wychodząc z domu? Bo Matce tak się coś wydawało…

Na smutki – Potwór

Matka podsłuchała wczoraj Maryśkę, która bawiła się ze świeżo otrzymaną lalą. Tą, która płacze, dopóki nie włoży jej się do buzi smoczka.

Potworek siedział na podłodze i zawijał troskliwie lalę w becik. Obok stał przygotowany wózek, butelka z mlekiem i grzechotki.

Lala wyła i wyła.

Maryśka robiąc węzeł gordyjski z kawałka materiału, żeby lali było ciepło, czule do niej przemawiała.

Matka podlazła bliżej i zastrzygła, jak zwykle uszami.

Maryśka, nachylona nad lalą, głaskała ją delikatnie po główce i ze zbolałą miną tak ją pocieszała:

„Biedna lala, biedna…Ojojoj, jaka biedna. No jus dobze, dobze, ZAMKNIJ SIEM…”


No i udowodnij teraz Matko, że tak do dzieci nie mówisz…

Bałwan

Matka przelatując obok Maryśki w drodze do pracowni zauważyła, że ta coś zawzięcie smaruje na znikającej tabliczce. Mała kuleczka, na niej wielka kula i wyżej jeszcze jeden bazgroł.

„Co rysujesz, Marysiu?” – zapytała

„Bajwana!” – odpowiedział bardzo zadowolony z siebie Potworek.

„Ach, bałwanaaaaaa. A co to są za kuleczki?” – spytała Matka niezbyt inteligentnie, ale Potworek się nie połapał.

„To jest pupa…” – Maryśka dźgnęła paluszkiem w dolną, maleńką kulę – „ta duzia to cycy…”– zastukała w wielką – „„a to, to jest kapejusz!” – pokazała bazgroł na czubku.


No to Matka już wie. Bałwan to taka Barbie w kapeluszu…

Analiza jakościowa?

Potwory smarkają po raz pierwszy od wielu miesięcy. Matka tez smarka, niestety.

Dali nam wirusa w prezencie na niedzielnej imprezie u Szczepana. Tam tez pomór…

Najgorsze jest to, że Maryśce nic się nie daje przemycić. Matka daje jej wapno w syropie i Bioaron C, taki pyszny wyciąg z aronii i aloesu, uodparniający i wspomagający leczenie.

Za to dodać niczego się nie daje! Nawet kilka kropelek multiwitaminowych wsadzonych w wapno Potworek wyczuwa. Raz się nabierze, skrzywi i na tym koniec!

Teraz, ilekroć Matka zabiera się za nalewanie na łyżeczkę specyfików, Maryśka zjawia się jak duch i lustruje. Mało tego! Trzyma potem Matki rękę z łyżeczką i patrzy w nią jak sroka w gnat, dopóki ciecz jej się w oczach nie rozdzieli na czynniki pierwsze…

Nie ma ohydnych, pomarańczowych trzech kropelek – pije. Jak tylko są wątpliwości – nie ruszy.

Matka zamontowała jej fabrycznie urządzenie do chromatografii bibułowej, czy co?

A może można to gdzieś wywalić, tak jak się zdejmuje SIM Locka z telefonu?

Dorośli

Maryśka rano i wieczorem oddaje się jakże zajmującej czynności, jaką jest mycie zębów. Nie jest to cos, co Potworek i Matka lubią najbardziej.

Maryśka bowiem, lubi myć zęby sama, co polega na penetracji migdałków szczotką, przy czym zęby w cudowny sposób pozostają nietknięte.

Matka kombinuje więc jak koń pod górę, żeby zająć czymś Potworka i w tym czasie opędzlować jej całą dwudziestkę mleczaków. Najczęściej wtyka się Maryśce do łapek inne pasty do zębów i każe „czytać”.

Na szczęście to skutkuje. Maryśka natychmiast przyporządkowuje daną pastę do konkretnego właściciela.

„Ta paśta jest moja!”

„Twoja” – zgadza się Matka

„A ta pasta jest dla dojosłych!!!” – Maryśka dźga palcem w dużą tubkę

„Dla dorosłych!” – potwierdza Matka – „a co to są – DOROŚLI?”

Potworek pokazał białka, wrócił oczkami na swoje miejsce i wyszeptał konspiracyjnie:

„Uuuuuu, dojosłe to som takie jedne ZŁE!!!”

No! To już wiemy….

Telezakupy

Dla Matki nastały sądne dni. Janeczka rozpoczęła ferie…

Od rana próbuje wcisnąć Matce, że w telewizorni jest coś szalenie ciekawego dla dzieci, do obejrzenia.

Nie z Matką te numery!

Janeczka włączyła więc Budzik, ale Matka katem ucha usłyszała, ze z pewnością leci Polsat albo inna komercja, bo nachalny męski głos mówił, że jak kupi to najwspanialsze urządzenie, co to jest osiemdziesiąt trzy i pół w jednym to będę miała w domu zrobione wszystko. Poszatkowane, wymemłane, zagotowane i co tam jeszcze.

Matka wtedy zaraz galopuje w poszukiwaniu najbliższego pilota, żeby wyłączyć pana, ale łapska miała upackane sniadaniem, więc tylko ryknęła, czy to jest Budzik.

„Budzik zaraz będzie. Tutaj jest coś dla ciebie!” – zawołała Janeczka

„Nie chcę!” – Matka znowu w ryk, bo telewizornia robiła to głosniej.

„A wolisz na raty drożej, czy jednorazowo troszkę taniej” – zdawała się nie słyszeć Janeczka

„Nie chcę w ogóle! To jest jakieś badziewie a ja to wszystko mam! I wcale już nie jest potrzebne!”

” Oj mamo, ty nie wiesz, jakie tu pan teraz pokazuje pyszne rzeczy! I tym urządzeniem to można zaraz zrobić! O, sosik do mięsa! O , koktajl!” – Potwór patrzył jak sroka w gnat. Ależ będzie kiedyś klientka…

Matka zapuściła żurawia, żebuy sprawdzić, jaki też kit można wcisnąc jeszcze ludziom. Ręce na ekranie miksowały owoce na sorbet.Potwór siedział i się oblizywał.
Głos zza kadru poinformował, że zaraz zrobimy PRZEPYSZNY MUS owocowy.

A potem Matka wróciła do kuchni i doszły do niej strzępy, że można tez robić inne musy, na przykład czekoladowy.

I nagle zapadła cisza.

Janeczka wprysnęła do kuchni z miną mocno niewyraźną.

„Coś nie tak z telewizorem?” – zdziwiła się Matka

„Nieeeee” – wymamrotała Janeczka – „wyłączyłam”

„Chora jesteś?” – Matka porzuciła robienie śniadania

„Nie będę na to patrzeć! Ohyda!” – Potwór wyraźnie był zdegustowany. Matka zatarła łapki. Czyżby do Janeczki dotarło?

„A czemu ohyda?” – wierciła dalej Janeczce dziurę w brzuchu

„No bo” – Janeczka wzdrygnęła się – „oni mówią, ze zaraz będą robić CZEKOLADOWY…MÓZG!!!”