Niedziela. Wróciliśmy z kościoła.
Mróz jak nie wiem co, ale Matka to wyszła spocona jak mysz…
Bo Maryśka przechodziła samą siebie!
Najpierw zauważyła jakieś nowe dziecię, chyba ciutkę młodsze. Zawsze Matce się wydawało, że Maryśka wygląda w kombinezonie jak taki gość, co psy na treningach ćwiczą na nim rzucanie się. Bo chodzi napakowana i sztywna. teraz okazalo się, że koleżanka była lepsza.
Potworek wyglądał jak przynęta na pudelki a druga dzidzia na rottwailery. Sęk w tym, że Maryśka zaprosiła dziedzię do zwiedzania kościoła. Na trasie Maryśkowej są różne wysokie stopnie, więc dzidzia co krok leżała jak długa. Potworek ofiarnie próbował ją podnosić, więc sam się przewracał, dzidzia wstawała, padała, Maryska podnosiła, przewracała się i tak w kółko.
A potem to już nic nie było, bo w czasie kazania mama dzidzi wsadziła ją sobie pod pachę i wyszła. Nieodporna jakaś…
Kolejnym wyczynem Potworka było wąchanie kwiatków, gdyż nie napatoczyła się jej żadna ofiara podobnego wzrostu i nuda kazała szukać rzeczy, niekoniecznie żywych. Kwiaty okazały się być ciętymi i żywymi w związku z tym połowicznie.
Maryśka obwąchała wszystkie po kolei i grupowo. Bukiet był ogromny, stał sobie pod Matką Boską Fatimską w wielkim wazonie. Widać pachniał, co w przypadku róż nie jest takie oczywiste. Dość, że Maryśka zabawiła tam dobre pięć minut.
Niestety, oddalając się, zarzuciła ogonem i wazon padł.
MaiUżon stwierdził, że i tak co się miało wylać, to się wylało, więc sprawę załatwiliśmy po mszy…
Maryśka, idąc po kolei, wzięła na celownik księdza. Warunki były świetne, bo ferie w pełni, więc kościół dość pusty. Przejście między środkowymi rzędami ławek opróżnione, widoczność znakomita.
Potworek stanął na środku i obserwował, co też ksiądz sobie nalewa, co wyciera i co ministranci w związku z tym wyczyniają.
Jak już ministranci się ukłonili a ksiądz im, po czym wrócił przed ołtarz, Maryśka uzała za stosowne, żeby też ukłonić się księdzu.
Skinęła lekko głową.
Ksiądz uśmiechnął się pod nosem, bo przednie ławki zaryczały.
Potworek uznał, że ksiądz albo nie widzi, albo nie rozumie.
Ukłonił sie jeszcze raz, głębiej…
Ludzie gwałtownie zaczęli czegoś szukać pod ławkami.
Ksiądz rozejrzał się na prawo – żadnej pomocy. Na lewo – też nikt nie nadchodził z odsieczą.
Nad głową Potworka pojawił się dymek, jak na komiksach:
„Ubrałeś się, kochany, ładnie na zielono, ale nie widzisz, że ja ci się równie pięknie kłaniam?”
Po czym Maryśka ukłoniła się po raz trzeci, niczym wierny przed meczetem.
I dotarło.
Ksiądz się równie głęboko odkłonił Maryśce…