Oko na Potworka

Matka odebrała odbitki i okazało się, ze jak zwykle porobiła zdjęcia stadami. Jedno stado Maryśki na kanapie. Drugie Janeczki na otrzęsinach klas pierwszych (kiedy to było…).
No i oczywiście Janeczka co chwila machała ogonem i się zasłaniała, więc niewiele z tego wyszło. Trzeba będzie ani chybi zrobić osobistą sesję domową.
Nic Janeczka nie zgłasza, ale Matka czuje, że powinna.
A póki co wrzuca Maryśkę…

Biszkopty

Maryśka dostała wczoraj do miseczki biszkopty. Dodać należy, że miseczka jest może niekoniecznie największa, ot, taka, jak do kompotu, ale za to była pełniusieńka. Bo Potworek inaczej nie chce się nawet zabierać do niszczenia – nie opłaca się.

A że Matka kupuje biszkopty w Lidlu, bo tam ostatnio rzucają słowackie czy może czeskie, takie malutkie i pyszne (trzeba je było zawsze przywozić przy okazji zakupów wysokoprocentowych na południu Polski), więc Maryśka grzebie w szafce i wytaszcza zaraz cały wór.

Dostaje michę, zjada w momencie, po czym pojawia się jak duch i woła dokładkę. Po drugiej miseczce następuje trzecia i tu często Potworek się już zapycha, chyba, że wcześniej zorganizuje sobie duże ilości jakiegoś soku…

Wczoraj właśnie Maryśka pojawiła się u Matki na kolanach, trzymając w rączce miseczkę, na dnie której grzechotały leniwie trzy biszkopciki. Najwyraźniej za nic nie mieściły się już w brzuchu…

„Mam dja ciebie niespodziajkę!”– zawołał radośnie Potworek

-„Niespodziankę?” – udała zdziwienie Matka – „a może dasz ją Janeczce, jak wróci?”

Maryśka oceniła krytycznie zawartość miseczki.

„Nie!”– powiedziała – „dla Janecki ta niespodziajka by była ZA MAŁA…”


No tak, już nawet Maryśka wie, że dla Janeczki takie rzeczy najlepiej podawać od razu w miednicy…

Morze

Matka wspominała, że pojechała zawieźć obraz na wybrzeże. Jak już tak jechała, to Matka uświadomiła sobie, że nie była nad polskim morzem równe trzydzieści lat!!!
Generalnie to Matka za morzem nie przepada, ale jak się napatoczy, to poleżeć i pokąpać się można. Matka zaliczyła w tym czasie Morze Czarne raz, Morze Północne raz i Bałtyk a właściwie Zatokę Ryską dużo, dużo razy a Fińską kilka. Kąpała się tylko w Czarnym. Czyli reszta średnio się liczy, bo nad Fińską tylko chodziła, ale za to po lodzie. Do miejsca, gdzie lodołamacz wyrąbuje ciągle dziurę, żeby naród nie uciekał do Finlandii…
Wracając do polskiego morza – Matka postanowiła, że skoro już jadą do miejsca, co od brzegu pięć kilometrów jest, to zajrzą nad wodę.
Pojechali więc do Dębek szybciutko, bo słońce całkiem już zachodziło. Wioska wyglądała jak te atomowe, co straszą na pustyni w Nevadzie. Żywego ducha nie uświadczyli. Przez lasek przemykały jedynie sarny, jedna za drugą.
Mając trzy minuty do dyspozycji, MiaUżon rzucił się na zbieranie muszelek i kamieni dla Potworów w lekko zamarznietym piasku. Matka zrobiła zdjęcie, choć ciemno juz było trochę.I pojechali do domu…

Ciekawe, czy to się da zaliczyć do wizyt nad morzem?

Oj, chyba nie…

Sen

Matkę wywabił z łazienki płacz Maryśki. Janeczka też się poruszyła w swoim łóżku.

Matka weszła do Potworka, bo i tak zaraz by wstał, ale zorientowała się, że płacz był przez sen. Maryśka siadła na łóżku, nie wiedząc o co chodzi, próbowała ocierać oczy i zorientować się, co właściwie się stało.

Matka wzięła Maryśkę na ręce i zabrała do łazienki. Potworek przytulił się mocno i pochlipywał.

-„Coś się śniło dziecku niedobrego?” – zapytała Matka

-„Nie fjem!”– wyjęczał Potworek

Drzwi łazienki otworzyły się i weszła zaspana Janeczka.

-„Jakby ci się śniło to, co mi, to byś NIE płakała” – ziewnęła Janeczka i przeciągnęła się

-„A co ci się śniło?” – Matka bardzo się zainteresowała

-„PAPRYKARZ!” – rzuciła niedbale Janeczka

Krzesło

Matce się przypomniało w związku z kichaniem Potworów. Bo Matka chodzi z nimi do ośrodka zdrowia tego samego, do którego sama chodziła ze swoją Matką. Nawet lekarka jest ta sama, ale Matka chadza do znajomej pediatryczki, z którą siedziała w jednej ławce w liceum.

A w ośrodku nic się nie zmieniło. Drzwi te same. Boksy na niemowlaki też, przybyła tylko kolejna warstwa farby olejnej na wierzchu.

Zmieniło się krzesło. Krzesło do szczepień.

Bo wtedy, kiedy Matka była malutka, to stało tam wysokie krzesełko, takie trochę, jak do karmienia dzieci.

Teraz już jest normalne, matki siadają wraz z dziećmi i generalnie jest mało płaczu. W każdym razie Potwory były wyjątkowo łaskawe w tym względzie i zdarzało się, że nawet nie pisnęły.

Maryśka miała przecież kilka razy pobieraną krew, tak normalnie, z żyły i tylko patrzyła z wielkim zainteresowaniem.


Za to Matka pamięta, jak słoń, jedno zdarzenie.

Kiedy była malutka – tak sobie myśli, że mogła mieć wtedy ze cztery lata najwyżej a pewnie raczej mniej – poszła na spacer ze swoją Matką. I nagle, nie wiadomo czemu, skręciły do przychodni.

Mała Matka bardzo a bardzo się zaniepokoiła, bo dzieci takich miejsc zwykle nie lubią. Matka powiedziała jej od razu, że ona tylko idzie tam o coś zapytać i niech mała Matka sobie tu poczeka i poogląda tablicę z plakatami.

I mała Matka stała i patrzyła sobie na obrazki dość długo, kiedy nagle wyszła pani pielęgniarka, wzięła Matkę za frak, posadziła na tym ohydnym krześle i ukłuła.

Matka nie płakała.

Matka pamięta do dziś uczucie bezbrzeżnego zdumienia, że własna Mama ją oszukała. Choć nie było takiej potrzeby!

Matka nie wie, czemu tak się stało. Może nie pamięta. I nie ma kogo spytać.

Tak było tylko raz, ale zapadło to Matce tak głęboko w pamięci, że nie da się usunąć.

Dlatego Matka nie oszukuje Potworów, że nie będzie nic a nic bolało, jeśli wie, że może być coś nieprzyjemne. Bo to się najczęściej da jakoś wytłumaczyć. A kiedy Potwory były malutkie można było je tak zabawić, że przeżywało się te szczepienia.

Matka wie, że są sytuacje w życiu, kiedy dziecko cierpi i trudno z tego wybrnąć. Ale nie przy zwykłych szczepieniach.

Szkoda tracić zaufanie dziecka przy jakimś kłujku.

Tak sobie Matka myśli!

Google i korzenie

Matka ma dwa nazwiska. Głupio trochę to wygląda, bo oba są dość długie i kończą się na -ska, ale Matka używa „normalnie” tylko drugiego. Dwa pozostają do celów oficjalnych.

Czemu Matka tak zrobiła? No bo na Matce wygasa ród. Tak się przynajmniej Matce wydawało, ale nie do końca teraz jest pewna.

Może jest ktoś z innej gałęzi rodziny, kto się nazywa tak samo?

Matka zawsze zaglądała w różne książki telefoniczne – bez rezultatu.

Wrzuciła więc nazwisko w Google.

Znalazła tam siebie, Matkę Matki i parę jeszcze innych osób. Kiedy nazwisko zakończyła na -ski i kazała szukać na całym świecie, to zrobiło się jeszcze bardziej interesująco, bo w Stanach i Kanadzie jest kilkanaście takich osób, choć imiona już są amerykańskie. A może tylko zamerykanizowane?

I Matka do jednej osoby napisała. Bo wyczytała przy niej, że uczy plastyki w gimanazjum i ma na imię tak, jak Siostra Matki miała. A Matka do tego ten kurs pedagogiczny teraz robi, żeby uczyć plastyki. Jakoś tak się Matce wszystko ładnie ułożyło, no, może z wyjątkiem regionu Polski…

Matka czekała na odpowiedź i czekała. I nie doczekała się.

Zadzwoniła więc na informację TPSA i okazało się, że jest numer.

Matka zadzwoniła.

Myślała, że będzie tam jakaś starsza pani a zastała tymczasem osobę dwa lata młodszą od siebie,która wyszła za mąż, ale zostawiła sobie panieńskie nazwisko. I nie odpisywała Matce, bo jest na urlopie wychowawczym i nic nie wiedziała. Matka napisała bowiem na adres szkoły.

I Matka sobie szalenie sympatycznie porozmawiała, tyle tylko, że jest mało prawdopodobne, żeby korzenie Matki i Ani (bo to Ania właśnie) były wspólne. Bo tam, koło Białegostoku jest mnóstwo osób o Matki nazwisku, pochowanych na cmentarzach. A Matki rodzina pochodzi spod Poznania.

Rodzina Matki należała, zdaje się, do mało zamożnych ludzi. Jedyna nadzieja w księgach parafialnych, jeśli ocalały, ale i tak nie wiadomo, do którego pokolenia się dojdzie.

Matka z Anią jednak pogadały sobie tak miło i tak bardzo zapaliły się do szukania swoich korzeni, że aż strach!

Po czym doszły do wniosku, że nie ma dla nich najmniejszego znaczenia, czy są rodziną, czy nie. Bo jak dojdą do jakiegoś tam pokolenia i nic, to założą sobie, że wcześniej jakiś brat pojechał w białostockie i tam osiadł. Czyli są spokrewnione i już!


Takim to sposobem rodzina Matce się powiększyła zupełnie nieoczekiwanie!

Czy Wy wiecie, jak Matka się cieszy?

Zajęte!

Potwory w piątek cały dzień spędziły z Babcią. Matka z MiaUżonem dzwonili z trasy, żeby dowiedzieć się, czy dom jeszcze stoi. Stał. Tak się przynajmniej Matce wydawało, bo linia telefoniczna działała.

Babcia jakoś przeżyła. O szczegóły woleliśmy nie wypytywać, bo zastaliśmy wszystkich w nienajlepszej – niestety – kondycji. Janeczka co prawda wykąpana, ale średnio obrażona. To i tak niezły wynik.

Maryśka zmęczona po całym dniu.

Zmęczenie przejawia się u Maryśki wydłużeniem ogona. Ogon zaczyna przeszkadzać i Potworek chodząc wokół ławy, zahacza nim o różne, mniej lub bardziej wystające rzeczy, które z hukiem spadają na podłogę.

Maryśka nawet tego nie zauważa i łazi potem po stosach książeczek, przewraca się na nich, bo przecież się przesuwają, podnosząc się uderza głową w szkło i jest ogólny, wielki ryk. Matka się wcale zresztą Maryśce nie dziwi. Szkła miękkiego jeszcze nie wynaleźli…

I kiedy tak Matka z MiaUżonem wieczorem weszli do domu, Maryśka własnie wywinęła orła na dwudziestu trzech książeczkach i z trudem się podnosiła. Łzy tryskały na boki, z nosa wisiało wiadomo co, żałość straszliwa, no szkoda gadać.

-„Podnoś zaraz wszystkie książeczki!!! Rozwalasz i się przewracasz!” – wołała Babcia z fotela

Potworek nastroszył się, zaczerwienił i wylał jeszcze więcej łez.

„Nie mogiem! Jestem tejaz bajdzo zajenta!”

-„Jak – zajęta???” – zdenerwowała się Babcia – „a czym ty jesteś zajęta?”

„No nie widzis?” – zaszlochał Potworek-” Jestem zajenta płakaniem!!!”

Ukłony

Niedziela. Wróciliśmy z kościoła.

Mróz jak nie wiem co, ale Matka to wyszła spocona jak mysz…

Bo Maryśka przechodziła samą siebie!

Najpierw zauważyła jakieś nowe dziecię, chyba ciutkę młodsze. Zawsze Matce się wydawało, że Maryśka wygląda w kombinezonie jak taki gość, co psy na treningach ćwiczą na nim rzucanie się. Bo chodzi napakowana i sztywna. teraz okazalo się, że koleżanka była lepsza.

Potworek wyglądał jak przynęta na pudelki a druga dzidzia na rottwailery. Sęk w tym, że Maryśka zaprosiła dziedzię do zwiedzania kościoła. Na trasie Maryśkowej są różne wysokie stopnie, więc dzidzia co krok leżała jak długa. Potworek ofiarnie próbował ją podnosić, więc sam się przewracał, dzidzia wstawała, padała, Maryska podnosiła, przewracała się i tak w kółko.

A potem to już nic nie było, bo w czasie kazania mama dzidzi wsadziła ją sobie pod pachę i wyszła. Nieodporna jakaś…

Kolejnym wyczynem Potworka było wąchanie kwiatków, gdyż nie napatoczyła się jej żadna ofiara podobnego wzrostu i nuda kazała szukać rzeczy, niekoniecznie żywych. Kwiaty okazały się być ciętymi i żywymi w związku z tym połowicznie.

Maryśka obwąchała wszystkie po kolei i grupowo. Bukiet był ogromny, stał sobie pod Matką Boską Fatimską w wielkim wazonie. Widać pachniał, co w przypadku róż nie jest takie oczywiste. Dość, że Maryśka zabawiła tam dobre pięć minut.

Niestety, oddalając się, zarzuciła ogonem i wazon padł.

MaiUżon stwierdził, że i tak co się miało wylać, to się wylało, więc sprawę załatwiliśmy po mszy…

Maryśka, idąc po kolei, wzięła na celownik księdza. Warunki były świetne, bo ferie w pełni, więc kościół dość pusty. Przejście między środkowymi rzędami ławek opróżnione, widoczność znakomita.

Potworek stanął na środku i obserwował, co też ksiądz sobie nalewa, co wyciera i co ministranci w związku z tym wyczyniają.

Jak już ministranci się ukłonili a ksiądz im, po czym wrócił przed ołtarz, Maryśka uzała za stosowne, żeby też ukłonić się księdzu.

Skinęła lekko głową.

Ksiądz uśmiechnął się pod nosem, bo przednie ławki zaryczały.

Potworek uznał, że ksiądz albo nie widzi, albo nie rozumie.

Ukłonił sie jeszcze raz, głębiej…

Ludzie gwałtownie zaczęli czegoś szukać pod ławkami.

Ksiądz rozejrzał się na prawo – żadnej pomocy. Na lewo – też nikt nie nadchodził z odsieczą.

Nad głową Potworka pojawił się dymek, jak na komiksach:

„Ubrałeś się, kochany, ładnie na zielono, ale nie widzisz, że ja ci się równie pięknie kłaniam?”

Po czym Maryśka ukłoniła się po raz trzeci, niczym wierny przed meczetem.

I dotarło.

Ksiądz się równie głęboko odkłonił Maryśce…

Dojrzewanie

Matka pomału pakuje rzeczy po potworach i z lubością je odda. Na to miejsce MiaUżon z pewnością wsadzi coś swojego, na przykład bardzo cenne kartony z rzeczami typui – kawałki starych baterii wannowych, zużyte korki automatyczne, kontakty typui piwnicznego i druty wszelkije maści.

Wracając do rzeczy dziecinnych – wózek poszedł dla dziewczyny z wpisu kilka dni niżej. Teraz Maryśce trzeba wymienić łóżeczko na ciutkę większe, ale dalej szczebelkowe i upłynnić kilkanaście kilo ciuszków, grzechotek i innych takich.

Matka grzebała w schowku i pakowała, kiedy doszedł do niej śpiewny głosik Maryśki. Była to zdecydowanie twórczość muzyczna, choć melodii nie udałoby sie pewnie nikomu zapisać.

Matkę zainteresował za to tekst, więc wylazła cichutko ze schowka i podsłuchała…

„A jak mi, a jak mi, a jak mi ujosna juz tjoskę cyce, to zajaz beńde mamą!!!”

Matka padła.
A potem wgruziła wszystko z powrotem do schowka, bo czy to się opłaca pozbywać tego bajzlu na jakieś dziesięć lat?

Teraz dzieci szybciej dojrzewają…

Ciała lotne

Matka wróciła wczoraj wieczorem znad morza. Polskiego.

Zawiozła siostrom obraz.

MiaUżon jechał i stracha miał, jak nie wiem co, bo siostry klauzurowymi są.

-„To jak?”- mówi-„obraz będziesz przez kratkę w drzwiach przepychać? A ja będę siedział w samochodzie cały czas?”

Nie przepychaliśmy. I dowiedzieliśmy się, że są dwa rodzaje klauzury – papieska i konstytucyjna. Ta druga jest, że tak Matka powie, łagodniejsza. Siostry nie wychodzą, ale można do nich wejść. Oczywiście bez przesady nie nie na hurra, ale można.

A u sióstr, jak to u sióstr. Zaraz wjechało śniadanie.

-„A zjecie państwo jajecznicę? Bo nasza to jest dobra!”

Zjedliśmy. I masło własnej roboty było, obłędne po prostu.

Bo siostry mają całą gospodarkę, są krowy, ogródek i w ogóle.

-„A te jajka, siostro” – Matka spytała -„to też na pewno od waszych kur?”

-„Oj, nie, ale tutaj ze wsi. Bo my to mamy tylko trzy kury…” – zasmuciła się siostra

Matka rzuciła okiem przez okno. Podwórko duże, ogrodzone.

-„Tylko trzy, kiedy was jest dwadzieścia pięć? To te kury chyba nie nadążają?”

-„Nie mają szans!” – uśmiechnęła się siostra, ale zaraz znowu posmutniała – „my kiedyś miałyśmy tych kurek więcej, no bo jaki to problem z kurami?”

-„I co?” – Matka znowu spytała -„pochorowały się? Ukradł ktoś?”

-„Oj, nie, nie. Niech sobie państwo wyobrażą, że prosto z podwórka, ciągle porywały nam te kury…jastrzębie!”