Po co?

Maryśkę wzięło na wiercenie dziury w brzuchu Matce.

„Gdzie wcojaj byjaś, mamujku?

-„W sąsiednim, większym mieście”

„A po co?”

-„Chciałam kupić lampę” – Matka myślała, że na tym się skończy. Nic z tego…

„A po co?”– usadowił się bliżej Potworek

-„Noooooo, po to, żeby mamie świeciła”

„Ahaaaaa…A po co?”

-„Żeby mamie było jasno, jak wieczorem maluje”

„A po co?” – Potworek wcale nie zamierzał przestać pytać.

-„Bo po ciemku to jest malować trudno. Nawet nie da sie wcale”

„Nie da się? A po co?”

Matce opadły ręce. Jak to – po co się nie da?

-„Kochana. No nie da się po ciemku. I nie da się wytłumaczyć – po co.”

„Oj, mamujku…” – westchnął Potworek – „Tejaz musis powiedzieć – BO TAK JEST. I koniec jozmowy!”


O, psiakość. No to się Matka dowiedziała, jak należy elegancko kończyć ciąg pytań Maryśki…

Dwie tarcze

Matka wróciła z dwiema tarczami. Tego się nie spodziewała…

Po pierwsze zaczęła dzień od kawki na swoim dawnym wydziale, gdzie spotkała dwie ulubione koleżanki.

Po drugie podzieliła się z nimi kłopotem znalezienia kasetonu i świetlówek z dziennym światłem. Jedna z koleżanek dała Matce niewiele mówiące wskazówki, jak dojechać do hurtowni jakiejśtam. A druga słuchała i słuchała a potem mówi:

-„A nie wolałabyś pożyczyć moją lampę, ja na razie nie mam zamiaru używać?”

Czy Matka nie wolałaby? CZY NIE WOLAŁABY?

No pewnie!

Bo zanim MiaUżon zaniesie panu do podopasowywania jedno do drugiego, to będzie nie Niedziela Przewodnia a Boże Narodzenie…

I Matka z lampą, ba, lampiszczem w bagażniku wesolutko pojechała do OBI, żeby jednakowoż nabyć części składowe, bo w końcu kiedyś lampę trzeba będzie oddać!

I tam zobaczyła, że jedyny kaseton wisi pogięty i kosztuje 160 złotych!!! Co on, do licha jest? Lalique?

Matka zawinęła się i poszła po świetlówki.

Były jakieś inne, niż potrzeba.

No to Matka zachowała się jak PRAWDZIWA KOBIETA. Pożeglowała w drugie miejsce sklepu i zrobiła wreszcie to, na co nie mogła się zdobyć przez 15 lat.

Kupiła firanki!!!

Piękne. Jakby Janeczka powiedziała – NIEOBCIACHOWE.

I zaraz przy kasie podziękowała Bogu, że kupiła tylko na jedno okno…

Dzień nocą

Matka jedzie od rana walczyc z ZUSem. Pozałatwia dyskietki, Płatniki i inne takie.

Potem zaś jedzie z MiaUżonem do sąsiedniego, większego miasta, gdzie MiaUżon będzie miał drugą rozmowę w sprawie pracy ( z tym samym panem, więc nadzieja większa).
Matka za to wypuści się po bardzo kobiece zakupy. Takie zakupy robi się w OBI, w części elektrycznej…

Matka bowiem musi kupić sobie kaseton sufitowy, taki, jakie są na ogół w biurach – kwadrat z czterema niezbyt długimi, cienkimi świetlówkami. Potem jakiś magik dorobi widełki, w których ten kaseton będzie umocowany, osadzi widełki nan rurze i w Matki, zakupionym juz stojaku.

A Matka dokupi pierońsko drogie świetlówki z dziennym światłem, dzięki którym będzie mogła malować po nocach, bo inaczej obrazu na Niedzielę Przewodnią nie skończy. A musi. Nie ma zmiłuj się.


Matka ma tylko nadzieję, że przez to nocne malowanie nie dostanie hopla, jak pacjenci Hanki…

Bo Hanka jest psychoterapeutą w Kanadzie, na północy, gdzie zimą jest koło -55 stopni Celsjusza i ciemno przez większość dnia. I wtedy pacjenci walą drzwiami i oknami, bo z tej ciemności wpadają w depresję. A świetnym lekarstwem są specjalne naświetlania, które znakomicie poprawiaja nastrój, ale jesli pacjentowi sie spodoba i przegnie, to wpada w inna skrajnosć i leczy się natychmiast z pobudzenia.

Hanka nie narzeka więc na brak pracy…

Matce się wydaje jednakowoż, że temperatura barwowa tych lamp jest wyższa od dziennego światła, ale głowy sobie ściąć nie da.

A jeśli za kilka dni zacznie produkować po kilka wpisów na godzinę, to będzie oznaczało, ze ją też dopadło…;-D

Szansa

MiaUżon jest dziś w sąsiednim, większym mieście. Matka zapomniała jednak zupełnie, że ma rozmowę w sprawie nowej pracy. Nowej, zupełnie, zupełnie innej od dotychczasowej…

Matka się okropnie denerwuje.

MiaUżon od dawna szuka czegoś innego, niż do tej pory robił. Bo wychodzi mu od dawna bokiem.

Pojechał na rozmowe, choć dokładnie nie wiedział, co to za praca. Tylko tak orientacyjnie, bo już rozmawiał z właścicielem.

Czy on się spodoba – nie wiadomo.

Czy MiaUżon – w razie czego – się podejmie – nie wiadomo.

Czy jak się podejmie, nie trzeba będzie przeorganizować zupełnie życia – nie wiadomo.

Nic nie wiadomo!!!

Matka się zagryzie. Jak to dobrze, że od rana zapomniała, przez te hece z ZUSem.

Komórka MiaUzona nie odpowiada. Widać rozmawia. To dobry znak. Raczej.

Matka do wieczora padnie, jak nic!

Obciachowe

Janeczka chodzi ostatnio wszędzie z segregatorem. Żeby przypadkiem Maryśka się do niego nie dobrała. Potwór nie wie, że kiedy siedzi w szkole, to Maryśka nic innego nie robi, tylko przegląda ten segregator, aż piszczy…

Co jest w środku? Magiczne słowo – KARTECZKI.

Matka do niedawna nie miała pojęcia co to są owe karteczki. Janeczka pokazała jej, że karteczki mają dziurki, specjalnie do segregatora. Są różne, nie ma na nich miejsca do pisania, bo całą kartkę zajmuje różnek klasy malunek. Mogą być duże i małe. Prostokątne i nie.

-„Janeczko, do czego służą te karteczki?” – spytała kiedyś Matka

Potwór wzruszył ramionami.

-„Jak to – do czego? DO NICZEGO. One tylko SĄ.”

Co do tego Matka nie ma najmniejszych wątpliwości. Są. I są dobrze chowane. problem tylko taki, że jest ich bardzo, bardzo dużo a Matka ich nie kupowała.

-„A skąd ty tyle tego masz?” – Matka uważała za stosowne sę dopytać.

-„Wymieniłam się” – odparła Janeczka. Oczywiste, czyż nie?

-„Jak mogłaś się wymienić, skoro żadnej swojej nie miałaś?”

-„No właśnie!” – zaatakowała Janeczka – „bo ty mi wcale ich nie kupujesz! Tylko Ola zawsze daje mi pół paczki i potem ja się z dziewczynami wymieniam. Bo rodzice Oli to jej kupują trzy – cztery paczki dziennie…”

To akurat Matki nie rusza, bo rodzice Oli spędzają weekendy na Karaibach a fruwają bodajże rakietą. Ruszyło za to to, ze Janeczka ciagle coś od Oli dostaje a sama nie daje nic.

Matka postanowiła pojechać więc i nabyć paczkę karteczek.

Nabyła. Przywiozła.

Janeczkę zatkało.

-„No coś ty, mama! Takie OBCIACHOWE mi kupiłaś??? Z księżniczkami? Nikt takich nie będzie chciał!”

No i nie chciał. W mordę jeża z karteczkami!

Matka wróciła do sklepu.

„Pani kochana!” – Matka zawołała od progu -” niech mi pani zaraz tu daje inne, NIEOBCIACHOWE!”

Pani się obśmiała. Wyciagnęła stos nieszczęsnych karteczek.

-„Bo teraz w modzie są Tratatata, Trutututu i Iniemamocni”

Matka zareagowała tylko na ostatnią nazwę, bo za pozostałymi nie nadążyła.

-„No to poproszę z Iniemamocnych, tylko najmniej ohydną”

Dostała. Przywiozła.

Janeczka była uszczęśliwiona. Maryśka dostała nawet JEDNĄ karteczkę, ponieważ Matka stanowczo zażadała takiej darowizny od Potwora.

Janeczka wyciągnęła rękę z karteczką tak, jak Whoopi Goldberg czek w „Uwierz w ducha”…

Uszczęśliwiona Maryśka pół dnia przekładała karteczkę pod książeczki, na książeczki, pod książeczki, na książeczki.

Czy to oznacza, ze należy zakupić mały, maleńki segregatorek?

Do siebie

Maryśka dorośleje.

Ostatnio Matka przebierała ją do snu i coś tam nie wychodziło jej w utykaniu łapki do rękawa.

Maryśka coś nadawała, ale Matka nie mogła zrozumieć, co, bo Potworek zawinął się częściowo w ręcznik, przyrzucił jakąś lalą i tak mówił. Szeptał i szeptał, niewyraźnie i cichutko.

-„Co ty mówisz, koteczku, bo mama nie słyszy?” – Matka spróbowała nawiązać kontakt

Maryśka ożywiła się i wyjrzała zza ręcznika:

„Nic, nic, mamujku! Ja tylko tak DO SIEBIE sobje mófię!”


No tak… Jeszcze troszkę i zabroni wchodzić do łazienki…
Rośnie mała indywidualność. Tak szybko. Za szybko!!!

Polki równe i równiejsze

No Matka od nocy się żołądkuje. Bo jak chodzi o ZUS, to Matka inaczej nie umie!!!

Tym razem to trochę Matki wina jest, ale już to, że się sprzysięgły dwie plagi egipskie to niekoniecznie…

Bo Matce wczoraj nie chciały wyjść do ZUSu deklaracje. Matka je cyk, a tu program Matce pisze, że ona jest ^%%&(*%#^ oraz &%$@#@$ i że sobie może *^&%#%,

No Matka to czegoś takiego nie lubi…

Robi dobrze a przekazać się elektronicznie nie chce?

Bo jakieś klucze Matce wygasły? A musiały?

A program ma nowa wersję?

No to od rana Matka wydzwania i pani Matce mówi, że Matka te deklaracje to niepotrzebnie co miesiąc wysyła…

-„A może pieniądze też niepotrzebnie?” – zapytała z nadzieją w głosie Matka

-„Hi, hi, hi, hi, hi, hi! Pieniądze to potrzebnie, potrzebnie” – ucieszyła się pani.

No proszę. Nadzieja matką głupich.

I durna Matka wysyła ten ZUS czy ma pracę, czy nie.

Wysyłała też ten ZUS, kiedy Potwory kończyły trzy miesiące i urlop macierzyński się kończył. Bo w Polsce są kobiety równe i równiejsze!

Tym, którym z racji wykonywanej profesji przychodzi zakładać własną, jednoosobową działalność albo wykonywać wolny zawód (a często nie ma żadnej innej możliwości, bo każdy wie, jak łatwo dostaje się teraz umowę o pracę) nie przysługuje urlop wychowawczy.

Nie wolno siedzieć z dzieckiem!

Albo wolno. Tylko trzeba płacić za nic. Albo się wyrejestrować i być nikim. Bez żadnych praw.

No ciekawa jestem, kiedy ktoś się wreszcie tym zajmie???

Bo to nie jest problem jednostek. Już nie.

I Matka siedziała w domu z Potworami i płaciła, i płakała.

Ale uważa, że jeśli tylko to jest możliwe i da się jakoś zacisnąć pasa, to powinno się tak robić.

Bo mama to mama. Bez dwóch zdań!

A polityka naszego państwa, ta POLITYKA PRORODZINNA, to już zupełnie inna para kaloszy…

Fałszywy komar

Wieczór jak co dzień. Janeczka sama się wykąpała, potem Maryśka, już z pomocą. Po kąpieli Maryśkę się „wykłada” na blat koło umywalki i obrabia. Do paszczy wkrapla Zyrtec, smaruje kremem tu i ówdzie, nakłada piżamę. Potworek wtedy leży i dyskutuje. Oczy najczęściej strzelają mu do góry i zawsze coś wypatrzy.

„O, komaj!!!” – Maryśka dźgnęła paluszkiem w sufit.

-„Jaki tam komar! Teraz nie ma już komarów.” – zbyła Maryśkę Matka

„Na pewno komaj. Moze tyjko zabity?” – próbowała się pocieszać Maryśka. Nie przepada za komarami. Dziwne, prawda?
Zawsze się też upewnia, czy aby ten rozmazany na ścianie, już na pewno nie żyje.

Matka spojrzała do góry. No tak. Zawsze Potworek coś wypatrzy!

W kąciku łazienki wisiała sobie malutka, brudna pajęczynka.

-„No coś ty, to nie komar! To pajęczyna” – uspokoiła Matka Potworka

„Ahaaaaaaa. Pajeńcina…” –ucieszyła się Maryśka, po czym zaraz zbystrzała –„ale ZABITA?

Popielec

Matka co jakiś czas przelatuje na miotle koło lodówki. Ten mebel to dziś ma jakieś wyjątkowe przyciąganie…

Dwa razy w roku tak ma, jeszcze w Wielki Piątek. Człowiek normalnie by nie jadł, a wtedy, kiedy nie można, to psiakosteczka pachnie wszystko i zaraz jakaś kiełbaska na myśl przychodzi…

Matka pamięta czasy podstawówki. Jak jest u Janeczki – nie wie, bo Janeczka ma teraz środek ferii.

Ale jak Matka była mała, to w środę popielcową dochodziło niemal do demonstracji. Zaraz było wiadomo, kto ma rodziców w partii…
Dzieci bowiem przynosiły wtedy do szkoły śniadania z wędliną. Codziennie mógł być żółty ser, ale w Popielec obowiązkowo wędlina i to najcześciej nie byle co, ale wędzona sopocka…

Może dlatego, że jak się gryzło kanapkę, to sopocka strzelała,nie dając się zjeść elegancko?

Najlepsze było to, że robiły tak też dzieci, które chadzały z nami na religię…

I nikt nic nie komentował.

Już w poczatkach szkoły podstawowej docierało do nas, że dorośli mają swoje rozgrywki i ta nieszczęsna kiełbasa jest jakimś trybikiem w całej machinie.

Matka jest bardzo ciekawa, jak jest teraz? Za rok się przekona…

Tyle tylko, że teraz dzieci post nie obowiązuje aż do 14 roku życia, czyli nic z tego. I Matka w przypadku alergicznych Potworów z tego korzysta, bo jajek dac nie może a i rybę rzadko.

Ale Potwory zjadły dziś coś, co pływało.

Bo to wyjątkowy dzień.

A Matka w tym temacie nie zamierza być nowoczesna…

Dyktando

Potwory zajęły się wczoraj praca naukową przy stole w jadalni. Jak ktoś woli, to można napisać – w salonie. U Matki to jest jeden wielki salon, bo telewizornia, kominek, stół i kuchnia – wszystko razem. Dzięki temu Matka nie musi nadwyrężać szyi i widzi Potwory, jak na patelni.

Wracając do Potworów – siedziały przy stole jedzeniowym i pisały. Janeczka co chwila wołała:

-„Mamaaaaaaa, a jak się pisze …..?”

I Mama odpowiadała. Po jakichś trzydziestu różnych słowach Janeczka zaczęła je przedyktowywać Maryśce. Potworek siedział okropnie ważny i nabzdyczony, i bazgrolił uczenie na kartce długopisem we wściekle różowym kolorze. Długopis zakończony był serduszkiem i piórami marabuta czy innego strusia, Matka nigdy nie wie, z czego te pierzaki są.

Po dłuższej chwili Janeczka narobiła mnóstwo hałasu:

-„Mama, mama, chodź prędko, zobacz, co ona wyczynia!!!”

Matka nadciagnęła.

Potworek siedział z miną „czego wy ode mnie znowu chcecie”. Na kartce wściekle nabazgrolone. Na obrusie też… Jakieś pół metra hieroglifów, wykonanych z ogromna pasją i zaangażowaniem.

-„A ty, koteczku, co? Po obrusie piszesz matce?”

„Dajaś mi za majom kajtkę! A na objusiku tyle miejsca…” – zawachlował rzęsami Potworek.


Co tam! Dzisiejsze proszki wezmą wszystko…