MiaUżon przywiózł Janeczkę ze szkoły.
-„Zobacz szybko, co tam trzeba kupić i mi napisz, bo oni robią jutro na lekcjach jakąs sałatkę”
-„Sałatkę na DRUGIE ŚNIADANIE” – dodała przejęta Janeczka.
Matka zajrzała w podręcznik. Faktycznie. Sałatka.
Niektóre produkty obwiedzione były długopisem na czerwono.
-„Ale co to ma być, kochana? Przynosisz to, co w kółeczku?”
-„Tak, tak!” – radośnie zawołał Potwór -„to, co w kółeczku i to, co dorysowałam, bo my tę sałatkę robimy DWÓJKAMI”
-„Dwójkami, czyli z kimś? A z kim ty robisz?” – wierciła dziurę Janeczce w brzuchu Matka
-„Z Wiktorem! No z tym, co wiesz…”
Matka nie wiedziała, co ma wiedzieć, ale wolała się wypytać o produkty, bo MiaUżon stał w blokach startowych.
-„No dobrze, to ja będę pisać a ty mi powiedz, co musisz przynieść, bo ja tych rysunków do końca nie rozumiem…”
Potwór wziął do ręki podręcznik i podyktował Matce:
-„Puszka kukurydzy, szczypiorek, świeży ogórek, słoik majonezu, sól, miska, łyżki do sałatki, nóż, fartuszek i ściereczka”
Matka zapisała i spytała:
-„No dobrze, a Wiktor co w takim razie przynosi?”
-„Oj, mama” – żachnął się Potwór – „to, czego pani nie zaznaczyła!”
Matka zerknęła w książkę
-„Czyli co?” – wolała zapytać, bo wydawało jej się, że się myli
-„No natkę pietruszki i dwa jajka na twardo!”- powiedział Potwór.
Aha. To Matka dobrze widziała.
Ale wydaje jej się, że pani ma jedno oczko BARDZIEJ…
Tak źle i tak niedobrze
Matka pojechała do sklepu po pióro żelowe dla Janeczki. Zresztą nie wiadomo nawet, jak to nazwać – jeszcze pióro czy już długopis. Jak dla Matki to to jest długopis…
Matka z racji swojej analogowości, wydrukowała sobie z bloga komentarz weli, która pisała, że:„Są też bardzo dobre długopisy z gumką, różnych firm, warto sprawdzić przy kupowaniu, bo niektóre przerywają. Najlepsze są takie niebieskie lekko pękate, z gumką na obsadce, i taką jakby warstwą gumki obciągnięte po środku. Żeby się łapka spocona nie ślizgała.”
Matka w sklepie papierniczym wyciągnęła kartkę i odczytała wszystko pani, jak ostatni tłuk.
A pani kiwnęła głową i dała Matce wypisz wymaluj taki długopisik!
Matka obejrzała go zaraz fachowo pod kątem gumki. Pani wykonała test ścieralności – wypadł rewelacyjnie. Okazało się też, ze tak dobrze to sie ściera do doby, potem gorzej.
Matka zobaczyła jednak oczami wyobraźni następujący obrazek:
Janeczka daje wszystkim w klasie do spróbowania, czy gumka zetrze też ich długopisy. Matka wie, że nie, ale co tam, Janeczka daje.
I tu wypada zacytować Donalda Tuska (własnie, kto wygrał w Trójce Srebrne Usta?!). Bo musimy na chwilę założyc, że ta ryzykowna hipoteza jest prawdziwa i ta żyła 😉 Janeczka pożycza komukolwiek długopisik…
A jeśli tak, to gumki nie ma już po jednym dniu…
Matka założyła tę hipotezę już w sklepie i dokupiła osobną, specjalną gumkę do wycierania długopisów. Ale nie da jej na razie Janeczce.
I sama nie wie, co zrobić?
Bo Janeczka pisząc zwyczajnym długopisem zaczęła nawet, jakby się starać o to, żeby jakoś te bazgroły wyglądały.
A jak będzie miała długopis z gumką, to znowu będą dziury od dwudziestotrzykrotnego wycierania tego samego…
Jakby nie odwrócić to coś jest zawsze z tyłu…
I tak to współczesna technika utrudnia Matce życie.
Zaskoczenie dnia
Zasypało. Jak w górach…
MiaUżon rano odśnieżył podjazd, żeby wyjechać samochodem, ale kiedy Matka chwilę potem spojrzała przez okno, nie było po tej robocie już śladu.
Wkrótce obudziła się Maryśka i Matka popiętowała, żeby pokazać jej przez okno, jak jest pięknie na dworze.
–„Ojej!„- rozpromienił się Potworek – „siniek pada! Weź mnie na jącki i pokas!”
Matka podeszła do okna z Maryśką. Pięknie i biało było.
Potworek zamachał łapkami i otworzył oczy ze zdumienia:
-„No zobać! Zobać tylko! U nas w ogjótku jest siniek i U SOMSIADA TES JEST!!!”
Nowy idol
Matka zauważyła, że Janeczka słucha najczęściej tego, czego i my. Nie ma wyboru.
A może po prostu jej się wdrukowuje?
Tak więc czteroletnia Janeczka podśpiewywała sobie „Głosy” Preisnera, bo MiaUżon woził je w samochodzie i puszczał, kiedy jechali do przedszkola. Podobnie było z Żebrowskim i Jopek, Grechutą itd.
Niestety, przedszkole robi swoje. Na imprezach puszczane były ambitne utwory typu „gorące rytmy nocy”, o tytułach bliżej Matce nieznanych lub na tyle bełkotliwych, ze nawet nie wiadomo, jak to napisać. Generalnie Matka mówi na takie – „bajlando”.
Janeczka serwuje więc czasem Matce w domu takie i podryguje. Dziwi sie też, że Matkę za trzecim razem trafia i rekwiruje płytę czasowo. Na szczęście odkąd Janeczka dostała tak zwanego jamnika, katuje wyłacznie ściany w swoim pokoju…
MiaUżon, w swej dobroci i nieświadomości przyczynił sie częściowo też, do odmiany gustów muzycznych Janeczki, kupując jej różne badziewiaste gazety (fatalnie sie palą w kominku), do których dołączone były płyty. Wiadomo jakie. Potwór posiada więc z dziesięć bajland i – niestety – ze cztery płyty „Ich troje”…
Matka umierała więc codziennie przez grubo ponad rok, ale ostatnio jakby się jej polepszyło.
Janeczka zarzuciła ” Sępiów”, bo tak ich nazywała, od słów jednego z największych hitów.
-„A co ty, Janeczko, zgubiłas płyty „Ich troje?”
Janeczka spojrzała zdumiona.
-„Mama, no coś ty? Ja już ich dawno nie słucham! Znudzili mi się!!!”
Matka zajrzała szybciutko do szafki, czy nie ma przypadkiem jakiejś butelki wina, to by sobie z tej okazji wieczorem strzelili z MiaUżonem. Nareszcie! Nareszcie Janeczka odpuściła.
-„Teraz to mi się co innego podoba…” – westchnął Potwór
-„Taaak? A co?” – ostrożnie zapytała Matka
-„Iwan i Delfin…” – rozmarzyła się Janeczka
Rety!!! Matce zapaliła się czerwona lampka. Czy Iwan to nie jest jakieś kolejne badziewie?
Manufaktura
Matka wczoraj po nocy zajrzała do lodówki. Uuuuuuuuuuu…
Przez niedzielne wyjazdy zapomniała na śmierć, że leży sobie wesolutko i mielone, i kawał indora, i jakieś ziemniaki zapomniane. Koniec świata!
Matka podjęła szybką decyzję – manufaktura. Inaczej rano indyk sam przyszedłby do matki.
Bach, bach, zrobiła Matka dwadzieścia mielonych kotletów. Wrzuciła na patelnię. Cyk, cyk, przerżnęła indora na pół. W jednej części zrobiła kieszeń na nadzienie i wsadziła do zamrażalnika. Cudów nie ma. Z reszty wykonała tak zwane schabowe i usmażyła, jak mielone zeszły z patelni.
O północy wrzuciła jeszcze mielone do gara, zalała, zrobiła sos, ugotowała kaszę i jest obiad a może i półtora.
Smród był już taki, że nic Matce nie przeszkodziło zrobić walentynkową zapiekaneczkę z ziemniaków, sosu serowego, mięsa i czosnku. Zwłaszcza czosnku!
I tak Matka z MiaUżonem najedli się pysznej zapiekanki (bo Matka oczywiście chytrze schowała kotlety do zamrażalnika) i padli.
A potem MiaUżonowi przypomniało się, że jest piętnasty i trzeba zrobić ZUS i wysłać.
Czyli Matka musi zawlec się na strych, poinstalować nowe Płatniki i klucze prywatne, zrobić deklaracje, pomylić się oczywiście, zrobić kolejne, wysłać, przelać forsę, czyli spuścić ją w toalecie inaczej, po czym zgrzytając iść się wykąpać.
I mimo kąpania, Matka dziś od rana łazi jak jeden wielki kotlet, zionący czosnkiem.
Ale za to do końca tygodnia żadnego jedzenia obiadowego już robić nie musi…
Jug
Matka ma mały problem z repertuarem. Tym wieczornym, od usypiania Maryśki.
Potworek przywykł bowiem do kolęd i jak tylko się właduje do łóżeczka to mówi grzecznie:
–„Popjosę!”
-„A o co prosisz?” – pyta Matka z nadzieją, że może chodzi o Czerwonego Kapturka.
–„Nooo, popjosę Sifientom Noc Cuda Cuuuuuda Ogłasajom”
I tak to właśnie wygląda. Matka zasuwa dwie kolędy na okrągło!
Teraz jednak zaczął się Wielki Post i Matka uznała za stosowne wytłumaczyć Potworkowi, że śpiewanie kolęd za bardzo nie uchodzi.
Maryśka jak zwykle wlazła górą do łóżeczka, gdzie już czekał przygotowany prze Matkę jakiś misio.
-„Nie chcem tego! – najeżył się Potworek na widok misia – „chcem bociana!”
Matka wrzuciła bociana. Maryśka ułożyła oba zwierzaki obok siebie i troskliwie nakryła kołderką.
-„Popjosę! – zameldowała jak zwykle
„Ale co prosisz?” – Matka postanowiła wybadać, czego też Maryśka chciałaby posłuchać.
–„Popjose Sifientom Noci Cuda cuda…” – zaczął Potworek jak zwykle
-„Oj, nie. Nie można już śpiewać kolęd. Dopiero za rok, jak postawimy choinkę”
-„Oooooooo – zasmucił się Potworek i popatrzył na pluszaki. Poprawił na nich kołderkę i powiedział – „no to zasipiefaj im Juga”
Matka zbaraniała. Repertuar ma żaden, ale chociaż tytuł by jej coś powiedział. Zagrzebała w pamięci – i nic!
-„Co, co mam zaśpiewać?” – zastrzygła uszami
–„Zasipiefaj im Juga!!!” – powiedział lekko juz poirytowany Potworek. W końcu pluszaki czekały…
Matkę tknęło. Janeczka swojego czasu katowała Matkę płytą z jakiejś gazety. Płytą, od której Matce wszystko wypadało z rąk. „Artyści” nazywali się Ich Troje. Nic, tylko Maryśka przyswoiła jakiś ambitny tekst…
-„Kochana, mama to zupełnie nie wie o czym jest ten Jug! Nie pamiętasz, jakie jeszcze są słowa?”
–„Pamientam!” – zawołał radośnie Potworek –„Wjaz kotek na płotek im Juga!!!”
Ufff…
Zdalnie sterowana ciocia
Maryśka, jak już Matka kiedyś wspominała, namiętnie dzwoni do Babci.
Matka, nieczuła na miłość Maryśki wyrywa jej słuchawkę, bo rozmowa polega na tym, że Potworek mówi do babci:
-„Ceść! To ty? Wyłonc siem! Pa!”
Następnie wykręca znowu numer i rozmowa wygląda identycznie. Babcia za dziesiątym telefonem odchodzi od zmysłów.
Matka na takie rzeczy to może Maryśce pozwolić po 20.00, ale wcześniej za nic w świecie! W końcu nie po to buli za darmowe wieczory, żeby Potworek nabijał rachunek przed dwudziestą…
Telefon jest więc pilnowany a słuchawka chowana w ciemny kąt. Jak się przypomni…
A jak się nie przypomni to Maryśka wydzwania. Matka ostatnio ja przydybała na wykrecaniu numeru.
-„Oddaj zaraz słuchawkę. Babci nie ma w domku.” – powiedziała Matka zgodnie z prawdą i usiłowała wyjąć delikatnie słuchawkę z łapki Maryśki.
Nic z tego . Macki przykleiły się tak, że aż zbielały koniuszki paluszków.
–„Aje ja dzfonię do cioci!!!” – zajęczał Potworek
-„U babci nie ma dziś cioci!” – powiedziała Matka, znowu zgodnie z prawdą
–„Jest ciocia! Ciocia jest ftedy, kiedy babci nie ma w domku!”
-„Ależ skąd! Babcia pojechała do cioci. W domku nie ma nikogo…”
–„Jeśt, jeśt!”– upierał się przy swoim Potworek-” Ciocia ze mna jozmafia! Mówi numejki a potem jobi piiiiiiiiiiii…”
Długopisem
Janeczka wróciła dziś z pierwszych szkolnych zajęć po feriach.
Szła do szkoły szalenie podniecona, bo już koniec z pisaniem ołówkiem. Dzieci zaczynają pisać długopisami. Matka sobie wyobraża, co będzie się działo…
Janeczka pisze tak szybko, że nie może być starannie – dostaje co i rusz słoneczko za chmurką. Poza tym pisze, wyciera gumką, pisze i znowu wyciera – nie może to wyglądać elegancko!
A teraz długopisem? Matka sobie tego nie wyobraża…
-„Pani powiedziała, że nie wolno przynosić do szkoły korektora…” – zajęczała Janeczka od progu.
No to Matka juz to widzi. Janeczka pisze, zasmarowuje korektorem, pisze w mokrym, bo trzeba się spieszyć, przewraca kartkę, skleja wszystko, pisze… O matko…
Ciężkie czasy przed nami. Janeczka będzie się wściekać, jak nic!
Matka pamięta siebie, jak drapała żyletkami i dziury na wylot w zeszytach robiła.
Dobrze, że Janeczka jeszcze nie zna tej metody…
Toaleta
Matka zaczęła w poprzednim wpisie i oczywiście z powodu dygresji nie skończyła.
Bo zaczęła o tym, że Potwory jeżdżą nieźle, jeśli jest jasno. Pomijając odczytywanie znaków przez Janeczkę.
Maryśka za to jest aniołem, kiedy cokolwiek widać. Po ciemku zaczyna być źle. Bardzo źle.
Matka wczoraj przewidziała ten śnieg i opóźnienie i wsadziła Potworkowi na dupsko pampersa. Tak na wszelki wypadek.
Maryśka wie, po co w podróż zakłada się pampersa i sama go nawet przynosi. Zresztą nigdy się nie przydaje.
Wczoraj było gorzej. Potworek wypił u ciotki wszystko, co się dało. Za wodę w wazonach Matka też zaręczyć nie może…
A potem to już jechaliśmy a na dworze wyło, lało deszczem ze śniegiem, na wszelkich stacjach były awarie gazu, ciemno, zimno i ohydnie.
–„Chcem siusiu!”– nagle odezwał się Potworek.
Matko jedyna, znalazła sobie moment… Opatulona w kombinezon, rajstopki, sukienkę. Za oknem wielkie nic, pomijając wielkie ciężarówki.
-„Kochana, nie da rady. Jak wysiądziemy to nas zleje, ciężarówki rozjadą a ty się przeziebisz. Nie można robić siusiu zimą na dworze!”
–„Muszem siusiu! Zajaz!” – załkał Potworek
-„Stań na jakiejś stacji. Pójdziemy z nocnikiem do toalety, bo ona nie wytrzyma” – Matka do MIaUżona
-„A widzisz tu, @$#^%&^%%$, jakąś stację?” – zapytał MiaUżon w swej nieludzkiej uprzejmości, jak mógł najuprzejmiej.
Matka nie widziała.
-„Zrób siusiu w pampersa. Będzie sucho” – próbowała przekonać Potworka
–„O, ne! O,ne! Tyjko nie to! Pomocę majtecki!” – zamachał przecząco głową Potworek
-„Nie pomoczysz, przecież masz pampersa”
–„Ne, ne, ne i ne! Chcem siusiu!!!” – wylewała łzy Maryśka.
I tak z dziesięć razy…
-„Znajdź zaraz jakąś stację” – Matka odgryzła MiaUżonowi kierownicę
-„Ale tu nie ma BP! A ja zbieram punkty” – zaparł się MiaUżon.
-„Za sikanie nie ma punktów!!!” – zaryczała Matka – „Stawaj mi tu na pierwszej lepszej!”
Napatoczyło się Gniezno. Lotos jakiś, czy inny CPN.
Matka wyskoczyła z opatuloną Maryśką, nocnik w drugiej ręce. Dopadła do drzwi, przebiegła między półkami. Wszędzie drzwi! Jedne, drugie, trzecie – a za nimi tylko zimne napoje, marsy i inne piprztyki.
-„Pani” – wrzasnęła Matka do dziewczynki od sprzedawania – „gdzie tu są drzwi do toalety?”
-„Toaleta jest, proszę pani, na zewnątrz.”- zamrugała grzecznie oczkami panienka – „Musi pani pójść w prawo, skręcić za słupem, pójść w lewo, minąć wejście do myjni, potem prosto i są drzwi, w które musi pani wrzucic złotówkę, żeby się otworzyły”
No żeż, kurka wodna, matka chyba splunie w te drzwi złotówką, bo nic, tylko ma poupychane po kieszeniach.
-„Wie pani co? Ja bardzo przepraszam, ale my tu sikamy na środku sklepu!” – i Matka rżnęła nocnik między półkami i dawaj rozbierać skręconego w piruecik Potworka.
-„Oj, nie!” – wystraszyła się panienka – „niech pani tu wejdzie, do służbowej, na zaplecze”
Matka weszła. Odpirueciła Maryśkę i natychmiast upchnęła na nocniku. Wiktoria!
A potem się rozejrzała, a tam i sraczyk elegancki, i komputery,i towar na półkach. No zaplecze…
Panience by sie dostało od szefa…
Matka najwyraźniej mocno przekonująca była…
Kodeks
Matce zachciało się wczoraj wyjazdu. Miało być w sobotę, wyszło w niedzielę, bo MiaUżon nie mógł inaczej. Chciał w ogóle odłożyć, ale potem to albo Matka ma szkołę, albo coś innego wyskoczy.
Matka się więc zaparła, jak prawdziwa kobieta. Obiecała ciotce, że przyjedzie i już. A ciotka jest tak chora, że odkładać tego nie bylo co.
Rano jeszcze było jak cię mogę. Dwieście kilometrów przejechaliśmy w dwie i pół godziny,. Ale powrót…
Cztery bite godziny, albo i lepiej! I nie było, że droga krajowa numer . Śnieg pada jednakowo fajnie na każdym numerze!
A Potwory?
Potwory są idealne, kiedy jest jasno. To znaczy Maryśka jedzie dwie godziny i pięć równie chętnie.
Janeczka mendzi od piątego kilometra i wszystko podlicza.
-„Jak jedziesz?!!!” – porykuje znienacka.
MiaUżon wpada do rowu.
-„Nie widziałeś, że tam było 70? Jedziesz 90! Nie wolno tak!”
Wszystko przez Matkę. Kiedyś jechała z czteroletnią Janeczką trzydzieści kilometrów i tak się bała, że nie dojadą z powodu marudzenia, że pokazywała Potworowi każdy napotkany znak drogowy i objaśniała.
Nie przypuszczała tylko, że Potwór opanuje je natychmiast na blachę…
Podróż na wczasy w góry stała się koszmarem. MiaUżon nic nie wiedział…
-„Droga bez pierwszeństwa przejazdu!!!” – krzyczała Janeczka z tylnej ławki.
MiaUżon po hamulcach. Odruch w końcu jest, czyż nie?
-„Ale nie nasza, tatulku! Ta z boku!” – wykrzykiwał Potwór radośnie
-„Nie czytaj mi tych z boku!” – rwał włosy z głowy MiaUżon – „przecież zawału dostanę! Skąd ona te znaki tak umie?”
-„Nie mam pojęcia” – Matka udawała durnia
_”No coś ty, mamulku! Przecież sama mnie wszystkich nauczyłaś!” – Janeczka nie posiadała się ze zdumienia skąd u matki taki nagły napad sklerozy
Żmiję. Żmiję na własnej piersi Matka wyhodowała…
I do tego jaką zdolną!