Wymarsz

Rankiem udało nam się wystartować do niani dopiero koło 10.00.

Matka nie miała specjalnych złudzeń, bo Maryśka budzi się gdzieś koło 9.00, potem ubiera się „siama”, myje „zojpki” i z pomocą Matki wsuwa śniadanie.

Jakieś pół godziny później można wreszcie pakować Potworka w kombinezon, co Matka czyni na salonach, żeby było cieplej. Następnie Maryśka w pełnym niemal rynsztunku schodzi parę schodków niżej, do przedpokoju, gdzie Matka wtrynia jej na nogi buty.

W przedpokoju rankiem jest dość jasno, bo są luksfery i dochodzi światło z pokoju.

Maryśka siadła dziś jednak z czapką w ręku i nic. Siedzi , jak zamurowana.

-„A ty co, kochana? Wkładaj czapę, ja już jestem prawie ubrana!” – zachęciła Matka Potworka.

Potworek spojrzał jednak stosunkowo chłodnym oczkiem i zapytał rzeczowo:

-„A co, dziś znowu ZABJALI nam pjont?”

-„Niczego nam nie zabrali…” – odparła Matka nie bardzo rozumiejąc.

-„No to popjosę wjączyć dja mnie sifiatło!” – zażyczyła sobie Maryśka-elegantka.

Hołmłerk

Janeczka zażyczyła sobie wczoraj nowy zeszyt w trzy linie. Bardzo to Matkę zaineteresowało, bo niedawno jej dawała jeden…

-„I okładkę tez poproszę. Oczywiście różową!” – rzuciła Janeczka.

Oczywiście. Różową. Matce to trzeba koniecznie przypomnieć, bo przyniosłaby bez najmniejszej wątpliwości czarną w brązowe trupie czaszki, albo inny atrakcyjny rzucik…

-„A do czego potrzebny ci ten zeszyt?”- zapytała Matka podążając w sobie tylko wiadome miejsce na strychu, gdzie ma magazyn okładek i innych różowych (oczywiście) rzeczy.

-„Do angielskiego. Bo dziś pisałam na kartce i muszę przepisać”

Matka przyniosła, Janeczka przepisała.

Odkąd Potwór pisze długopisem – przestał już tak dramatycznie bazgrać! To zupełnie niepojęte dla Matki. Fakt, ze gumka dołączona do długopisu wyciera rewelacyjnie, ale z całą pewnością u Janeczki też coś wreszcie „zaskoczyło”. Nie sa to może literki najokrąglejsze, tylko z gatunku śledzi, ale bez wyjeżdżania za linię.

-„Tak szybko przepisałaś? Pokaż no!” – zachęciła Matka elegancko Janeczkę do przybycia.

Potwór przygalopował okrutnie dumny.

No, nie da się ukryć. Przepisał błyskiem. Ale Matce ciemno się
zrobiło przed oczami.

Matka już nieraz wspominała, że pan od angielskiego jest bardzo, bardzo młody i sobie nie radzi z dziećmi.

Ale teraz pan kazał zrobić dzieciom coś, czego robić nie wolno. Matka ma to wbite w mózg i zakodowane przez swoją Ciotellę, do której chodziła kiedyś na angielski.

Matka upewniła się, bo najpierw ochrzaniła Janeczkę, że ma tak napisane. Potwór zeznał pod przysięgą, że to pan kazał.

W zeszycie stało mianowicie między innymi:

yo-yo (joł-joł)- jo-jo

Skipping rope (skipin rołp)- skakanka


No konia z rzędem temu dziecku, które zapamięta jak naprawdę się pisze…

Matkę uczono, że albo się zapisuje wymowę tak, jak w słowniku, przy użyciu różnych, śmiesznych czasem znaczków, albo WCALE.

Zwłaszcza, kiedy się jest dzieckiem.

No i Matka na wywiadówce musi wygłosić spicz.

Egejn.

Jednostki miary

Maryśka jedzie dziś znowu do niani, do domu. Potworek przepada za tym wariantem, bo w domu niani jest jeszcze mama, zdarza się babcia i bywa tato. Maryśka ma więc co robić i wszystko jest takie nowe…

Każdego można objeść z obiadu (wczoraj Potworkowi ta sztuka udała się trzy razy…)i przede wszystkim się z nim pobawić.

Niestety, Matka wie tylko tyle, ile jej przekaże MiaUżon, a on nie więcej, niż mu powiedzą. Generalnie jednak informacje więzną między Matką a osobistym mężem, który uważa, że jak już on wszystko wie, to jest w porządku.

Matka usiłuje więc przepytac Potworka na okoliczność, ale skutek tych poczynań bywa różny.

Potworek mówi mianowicie tylko to, co chce, co pamięta, a do niedawna mówił także tylko to, co umiał. Teraz już prawie nie ma tego ostatniego problemu, za to Maryśka cierpi na permanentny brak czasu, spowodowany absolutną i nieodzowną koniecznością, ułożenia puzzli na ten przykład.

Matka łapie więc Potworka w tak zwanym przelocie i czego sie w tym czasie dowie – to jej.

Wczoraj, po powrocie, rozebrała Maryśkę i szybciutko zapytała:

-„No i jak kochana, powiedz co ty dziś porabiałaś u cioci?”

„Eeeee…” – zamyślił się Potworek –„zjobiłam siusiu paję sztuk” – dodał i zniknął tak szybko, że Matka ledwo zdążyła zobaczyć bufory…

Ale za to wie w jakich jednostkach liczy się siusiu

Matka asertywna

Matka miała ostatnie – niestety – zajęcia z panią psycholog, w swojej szkółce. To ta sama pani, do której Matka udała się po poradę.

Zajęcia dotyczyły asertywności.
Dla tych, co nie za bardzo wiedzą asertywność to:
– umiejętność wyrażania siebie (jasno, bezpośrednio)
– szacunek dla siebie (liczenie się z tym, co się czuje i myśli)
– świadomość własnych możliwości i ograniczeń

O, tak mniej więcej w ogromnym skrócie.

Inaczej – jak mówić „nie”. Elegancko. Szanując siebie i innych.


No i Matka znowu niekoniecznie o tym chciała.

Matce chodziło o Janeczkę.

Potwór wrócił ze szkoły i w czwartek późnym wieczorem przypomniało mu się, że pani coś wpisała mu na ostatniej stronie zeszytu.

Przyszedł więc i pokazał Matce a tam stało, jak byk:

„Konkurs plastyczny na taki a taki temat.

Technika taka a taka.”


-„A na kiedy to?” – zapytała Matka, która jak się zdenerwuje, to zaczyna wszystko na „A” a Janeczce się udziela…

-„A pani powiedziała, że jak się da, to najlepiej na jutro…”

Matce skoczył gul.

-„A czy inne dzieci też mają to wpisane?” – zapytała

-„A nie, tylko ja. Bo pani powiedziała, że pozwoliła sobie wpisać

Matka pomyślała sobie, że ma w weekend szkołę, obraz do malowania, cztery prace do napisania, pranie i sprzątanie.

I po raz pierwszy w życiu pozwoliła sobie nie zauważyć co pani napisała.

NIE ZAUWAŻYĆ!

I już!

Niemożliwe?

Maryśka dziś rano wyjrzała z łóżeczka a Matka miała okazję z nią porozmawiać dłużej, bo niania nam zachorowała.

Potworek popatrzył sobie na świat, zwiesił nóżki przez szpary w szczebelkach i pomału dojrzewał do wstania. Puce oparł sobie na rękach i spoglądał.
Matka wczoraj Potworka podstrzygła i podziwiała właśnie swoje dzieło.

-„Wiesz co?” – powiedziała Matka -” ty to nie masz pojęcia, jak ja cię kocham!”

„Yhyyy” – łaskawie zgodził się Potworek

-„I masz takie ładne włoski!”

„Yhyyy” – Maryśka ponownie się zgodziła z Matką

-„I łapki masz też ładne”

„Yhyyyyyyy” – nie mógł się dobudzić Potworek

-„Ja to cię już kochałam,kiedy jeszcze cię nie było na świecie!”

Potworek natychmiast sie ożywił.

-„A to NIE jest moźliwe!” – oświadczył stanowczo


A założymy się?

Kradzież mocno osobista

Maryśka, jak to Maryśka – w momentach strategicznych zawsze można na nią liczyć. Jak na większość dzieci zresztą…

W dni powszednie nie dobudzisz, w sobotę i niedzielę od ciężkiego świtu, co tam Matka zresztą wygaduje, od ciężkiej nocy, no bo jak nazwać godzinę drugą, Matka z MiaUżonem słyszą taki tekst (połaczony z dźganiem palcem w oko):

„Mamujku, tatujku, ja nie śpiem a WY śpicie??? Fstawamy!!!”

Na Maryśkę można równiez liczyć we wszelkich momentach wyjazdów na wakacje, wyjściach do znajomych itd.

Z góry wiadomo, co Potworek wtedy zrobi. Jak myślicie?

No tak, tak! Maryśka siada wtedy na nocnik.

Siada i ulega natychmiastowemu przyklejeniu na super-cement, epoxy czy co tam jeszcze. Bo nie jest to, znany z targowisk z braćmi Słowianami – klej Moment.

-„Kochana, wstawaj już, przecież słyszałam, że jest siusiu, idziemy.” – zachęca zawsze Matka. Im bardziej zawzięcie to czyni, tym bardziej Potworek się zasysa na naczyniu nocnym.

-„Nie mogiem. Jobię kupe.” – z Potworkiem nie ma wtedy żadnej dyskusji. Poddać się można od razu. Nie robi kupy, ale robi. Taka maryśkowa logika.

No przecież Matka nie spruje dziecka w takim momencie. Po pierwsze – szczyt chamstwa. Po drugie – nigdy nie wiadomo, czy to nie jest aby prawda…

Potworek siedzi więc bezpiecznie przez dobre dziesięć minut, po czym Matka bierze go za frak, albo namawia na wstanie, wykorzystując zaskoczenie. W nocniku oczywiście jest wyłącznie mokro.

Maryśka najczęściej wstaje sama, gdyż jej wielką namiętnością stało się ostatnimi czasy, samodzielne wycieranie pupy. Tutaj może Matka oszczędzi szczegółów…

Po wstaniu bywa jednak różnie.

-„Mamujku, mamujku! Jatunku!!! Chodź szybciutko!!!– zawołał wczoraj Potworek wielkim głosem.

Matka przybyła natychmiast z odsieczą.

Potworek stał z opuszczonymi porteczkami i ogromnie zaskoczony lustrował zawartość nocnika.

Zawartosć, jak zawartość, nie odbiegała od normy ani pod względem koloru, ani ilości. Siusiu po prostu.

„Popats, mamujku, co siem stało!!!” – wykrztusiła z trudem Maryśka-” KUPA ZNIKNĘŁA!!!”


No to Matka chyba złoży doniesienie na Policję…

O kolorach 15

Matka, z racji przebywania w swojej szkole weekendowej, zawala malowanie obrazu. Postanowiła więc, mimo świętej niedzieli, podziałać troszkę przy nim i po obiedzie zrobiła sobie kawę, po czym wystartowała na górę.

Maryśka siedziała tymczasem przy stole i zjadała, trzeci już chyba, talerz obiadu. Wszyscy zawodnicy dawno już odpadli, nawet Janeczka…

-„A gdzie ty idzies?” – zapytało dziecię czujnie.

-„Na górę, malować” – zamachała kubkiem Matka

„Jak to? S kawom?” – bardzo się zdziwił Potworek

-„Z kawą!” – potwierdziła Matka

„No coś ty, mamujku!” – roześmiała się Maryśka –„pseciez fszystko zjobi ci siem bjązowe!!!”


No! I nic wtedy widać nie będzie…

Jeż

Maryśka wczoraj miała samotne usypianie. Janeczka poszła spać do Babci.

Potworek był jednak nadzwyczaj ożywiony i śpiewał Matce Wlazłkotka. Za dwudziestym trzecim razem Matce już się tak spać chciało, że ho, ho… Ledwo siedziała.

Tymczasem Potworek spać wcale nie zamierzał, tylko prezentował Matce coraz to nowe elementy programu rozrywkowego.

Zaczął się quiz tysiąca pytań.

„Mamujku! A mucha tu nie lata?

-„Na pewno nie lata.” -odparła Matka z całym prezekonaniem

-„Aje nie tu! Na dwoze!”

-„Na dworze tym bardziej nie lata, bo jest ciemno i zimno.”

-„Ciemno?” – zainteresował się Potworek-„a co lata, jak jest ciemno? Osa?”

-„Nie, nie osa” – wyjęczała zaspana Matka

-„To pscoła?” – ciagnęła zaciekawiona Maryśka

-„Nie, to nie pszczoła. Może nietoperz!” – burknęła nieco zmęczona już Matka

-„Nie, cos ty! Nie mófi się NIE TO PERZ, tyjko – NIE, TO JEŻ! Ale mamujku!„- roześmiał się Potworek – „pseciez jeże NIE fjuwajom!!!

Potwor(n)a sałatka

Matka odebrała dziś Janeczkę ze szkoły. Ciekawa była bardzo, bo przecież Potwór miała na lekcji robienie tej nieszczęsnej sałatki, z której mógł zjeść tylko szczypior i natkę, bo reszta go uczula.

Matka , jak tylko spojrzała, to od razu wiedziała, że coś jest nie tak, ale udała, że nic nie widzi

-„No, jak tam, kochana? Udała się sałatka?”

-„Nooo” – burknął Potwór i poszedł w stronę szatni.

Niedobrze, oj, niedobrze…

-„A Wiktor jadł?”

-„Jadł” – wetchnęła Janeczka

-„I co? Dobra była?”

_Janeczka na chwilę rozchmurzyła się:

-„Powiedział, że pyszna!”

Zaraz potem jednak oklapła znowu. Matka postanowiła nie odpuszczać.

-” A inne dzieci próbowały?”

Janeczce pokazały się łzy w oczach. Matka najwyraxniej trafiła.

-„Nikola próbowała. I Mateusz. Ten, co mi podstawił nogę, wiesz, co zdjęcie zębów trzeba było aż robić. I oboje wypluli sałatkę do kosza!!!”

Matka oczami wyobraxni spuściła Nikolę i Mateusza z pierwszego piętra.

-„Nie przejmuj się tym zupełnie. Wiktor powiedział, że jest pyszna, więc na pewno tak było!”

Janeczka w szatni rżnęła workiem o ziemię i oklapła na ławce jak przekłuty balonik.

-„Ale ja miałam tę sałatkę jeszcze dla was” – zajęczała żałośnie

-„I co, ktoś zjadł? Nie szkodzi!” – Matka próbowała pocieszać.

-„Nie zjadł. Potknęłam się i wypadła na podłogę tak, że pani woźna musiała sprzątać. Nie masz pojęcia, jak wszyscy rechotali…”


Uff…Matka ma pojęcie.

To musiał być ciężki dzień dla Potwora. Chyba w niedzielę musimy zrobić razem jakąś sałatkę?

Czekolada blues!

Matka ostatnio jest w nastroju iście bojowym. To oznacza, że jakby Matkę posadzić przy jakiejś ścianie, to domuruje kawałek. Jak przy taśmie w fabryce, to podokręca śrubki. Jak przed komputerem, to coś napisze.

Strasznie niebezpieczny moment, bo można narobić głupot, ale też góry przenosić, jak trzeba.

Tyle tylko, że Matka reaguje na wszystko naokoło też bardziej emocjonalnie. Można niechcący oberwać. Nie. Nieprawda. Tylko chcący. I trzeba się do tego napatoczyć… tak, jak wczoraj.

Bo wczoraj zachorowała niania i Matka musiała pozmieniać plany.

Matka zajrzała z nadzieją do lodówki. Nadzieja odpełzła, bo w lodówce okazało się, że poza światłem i zimnym powietrzem nie za bardzo coś jest.

Trzeba było wziąc Maryśkę pod pachę i pojechać do jakiegoś hipermarketu na zakupy. Maryśka jest w sklepach zupełnie bezproblemowa na szczęście. Ba, Matka powiedziałaby nawet, że Potworek za zakupami przepada. Kto nie wierzy, niech poczyta sobie z boku -Matka wyciągnęła do zakładek stare posty, tam jest „Porwana za Młodu”.

Matka zrobiła więc błyskawiczne zakupy, te potrzebne i te zbędne. Do zbędnych zaliczyła kilka ciemnych czekolad, bo znalazła przepis na ciasto z filmu „Czekolada” i jej pięknie ,wirtualnie zapachniało.

Podjechała więc Matka do kasy, wyładowała wszystko troche byle jak, bo ciasno było a Matka nie lubi kłaść na taśmę, kiedy pani jej zakupy podlicza i piżga byle jak za siebie, bo już inaczej to tego się nazwać nie da.

Jeszcze gorzej, jak trafi na panią z gatunku uprzejmych inaczej i potem Matka ma bułkę w śledziach i proszku do zmywarek…

Porzucając dygresje (Matka to sie z nich nie wyleczy juz chyba nigdy…), Matka władowała zakupy na taśmę, przebiegła na drugą stronę i pakowała podliczone rzeczy do reklamówek.
Spieszyła się, bo ludzi było trochę i nie usłyszała dziwnych odgłosów, za to usłyszała pana.

-„Co pani wyprawia, do cholery cięzkiej?!!! Trzeba patrzeć, co się robi!”

Matka odwróciła się z zainteresowaniem, bo jak wspomniała, nastrój miała bojowy i była gotowa rzucić się jak Rejtan w obronie pokrzywdzonej niewiasty.

Nie rzuciła się.

Tekst skierowany był do Matki…

Za Matką stał facet, lat mniej więcej 45, w pełni sił i władz umysłowych. No, w to ostatnie Matka może nie do końca wierzyłaby…

Matka zaprezentowała panu oczy jak guziki od jesionki.

Pan nie zauważył.

-„Jak pani to poukładała??? Wszystko spada!!!”

Matka wykonała łaskawy rzut okiem na podłogę.

Przed samiutkimi nogami pana, leżały dwie czekolady. Pac, pac, zleciały kolejne. Pac! Jeszcze jedna. Zsunęły się, kiedy taśma szarpnęła.

Pan się na szczęście nie ubrudził. Nic go też nie uderzyło i nie doznał uszczerbku na zdrowiu.

Matka odezwała się do pana bardzo , bardzo UPRZEJMIE. Ten, kto zna Matkę wie, że jak Matka jest tak straszliwie uprzejma i starannie dobiera wyrazy, to znaczy, że kipi. I jak zaraz nie wyjdzie, to wybuchnie jak balon.

„Najmocniej. Najmocniej i najuprzejmiej pana przepraszam, że moje czekolady OŚMIELIŁY się spaść panu pod nogi i zrobić kłopot!

-„Mi nie chodzi o kłopot! To pani one się połamią a nie mi!”

Matka pozbierała czekoladę i odwróciła się na pięcie.

Mrugnęła do pani w kasie. Pani odmrugnęła.

-„Jak dobrze, że są na świecie jeszcze dżentelmeni…” – westchnęła Matka do pani.

-„I że fryzjerzy już tak ładnie umieją przystrzyc tę słomę, co wyłazi z butów…”- dodała po cichu pani.

Rety. Kasjerka co czuje bluesa!

Matka już zawsze będzie stawać do niej w kolejce…