Motyl

Matka czeka na Janeczkę. Może nawet sama ją przywiezie, ale jeszcze nie wie, bo MiaUżon pojechał do warsztatu wreszcie zreperować Matce ziukajacego (łożyskiem) hopelka.

A Matka przygotowała Potworowi do szkoły kartonik i kawał bordowej grubej podszewki, i flanelkę kolorową, i guziki, bo Janeczka będzie dziś robić motyla. A może dinozaura, bo są dwie rzeczy do wyboru.

Motyl pewnie dla dziewczynek jest…

No więc Matka czeka na tego motyla i tylko o nim myśli, żeby nie zwariować.

Bo Janeczka zawsze prace do domu przynosi, nigdy w klasie nie zostawia na wystawie.

Żeby tylko teraz nie zostawiła!

Matka się rozpaczliwie czepia tego motyla.

Bo motyle nie robią krzywdy…

A Janeczkowy na pewno będzie piękny.

Matka idiotka

Nie, no koniec świata. Wpis znowu taki, że szkoda gadać. Dobrze, że wczoraj Matka nie usiadła do komputera…

Matka ma lej. To taki dół bez dna. Jakby ktoś miała wątpliwości. Kształt nieistotny.

Wczoraj Matka pojechała do znajomego sanktuarium na pożegnanie ojca gwardiana, którego zna pięć lat i w wakacje tam pracuje w kilkuosobowym zespole. Malowidła przecudnej urody, gwardian fantastyczny, łączący wszelkie zalety ducha z dobrą organizacją pracy, co nie zdarza się często. Było miło nadzwyczaj, przyjechało grono znajomych i Matka wróciła bardzo zadowolona.

Już w progu dowiedziała się od Teściowej, że dwukrotnie do Matki dzwonił pan, który wynajmuje mieszkanie Matki, dla swojej córki i koleżanek. Matka się domyślała, że będzie dzwonił, bo przefaksowała mu rękami MiaUżona rachunek za wodę, choć nie musiała. Ale uważa, że przyzwoitość wymaga, żeby miał czarno na białym, że dziewczyny wylały tyle a tyle wody.

Na rachunku widnieje suma mocno trzycyfrowa, niemal cztero…

Ponieważ było to dla pana szokiem, Matka w swojej głupocie postanowiła partycypować w kosztach i pokryć z własnej kieszeni trochę ponad 400 złotych. Idiotka. Ale Matce zależało, żeby wszystko było OK.

Pan się ucieszył. Wiele mówił o zaufaniu i dżentelmeńskich umowach słownych, które wiążą tak samo, jak te na piśmie. I Matka dalej idiotka.

No to Matka wysłała rachunek.

I pan zadzwonił do spółdzielni Matki. Podał się za osobę, która płaci spółdzielni czynsz. Spółdzielnia nie sprawdzając, kim jest podała mu do wiadomości wszelkie szczegóły dotyczące Matki, tego za co płaci i ile. Matka to już nawet nie mówi, że spółdzielnia nie sprawdziła, ze przecież czynsz Matki wpływa regularnie jako zlecenie stałe z Matki konta. Matka wie, że jest coś takiego, jak Ustawa o Ochronie Danych Osobowych. I musi być jakiś identyfikator, kod, numer, nie wie Matka co jeszcze, który się podaje, żeby można było się zorientować kto jest kto.

W spółdzielni panu podano wszystko, co chciał, tyle tylko, że błędnie. Matka dzwoniła i już sprawdziła.

„No rzeczywiście, podałam temu panu inaczej. Przepraszam…” – pani na to.

„Ale mieszkanie jest moje. Dzwonił mężczyzna. Czemu pani podawała cokolwiek?”

„No bo on powiedział, że płaci za to mieszkanie” – broniła się pani

„A czy on powiedział, że jest moim mężem, albo coś takiego chociaż?”

„Nie, no on się w ogóle nie przedstawił…”

Matce ręce opadły.

Czemu Matka dzwoniła? No bo Matka wczoraj się dowiedziła od pana, że jest oszustką, kłamcą i wykorzystywaczką.

I pan nie słuchał, co Matka ma do powiedzenia. Że nawet gdyby to było prawdą – a nie jest – to nie ma wpływu na rachunek za wodę. Wylane – do zapłacenia.

Pan powiedział, że nie zapłaci.

Matka powiedziała panu, że wypowiada najem. Niestety jeszcze trzy miesiące dziewczyny muszą mieszkać, bo umowa na wodę była dżentelmeńska.
A pan chyba nie jest dżentelmenem, bo nic nie pamięta.

To już nawet nieważne.

Matka NIGDY nikogo nie oszukała. Zawsze dokładała do interesu dla świętego pokoju.

Jest co do dnia i grosza rozliczona ze wszystkimi urzędami, czy to ZUS czu US.

I dowiedziała się, że jest kłamcą.

To tak, jakby na Matkę napluć i spuścić ją w sedesie.

Matka wyła cały wieczór.

MiaUżon jak wpadł i zobaczył, co się dzieje, powiedział, że faceta @#$%^ oraz %^&*!. Że na jego żonę tak powiedział.

No i Matka znowu wyje.

Bo Matkę w domu nauczyli, że się nie kłamie. Nawet nie nauczyli.

U Matki w domu po prostu pewnych rzeczy sie nie robiło.

I Matka nie skłamie, choćby mieli ją pokroić.

I nigdy nikogo nie oszuka. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o pieniądze.

Więc nikt na Matkę tak mówić bezkarnie nie będzie.

Koniec tego najmu. Środek roku?

Czy Matka powinna się jeszcze martwić, że jest środek roku?

Czy może już koniec bycia naiwną idiotką?

I po kolędzie

Ksiądz wpadł i ksiądz wypadł. Maryśka ucieszyła się niezmiernie, że zagościł sam ksiądz proboszcz.

„Chodź, chodć, chodź! Pjędko!” – zachęciła go od progu.

Księdza nie było w stanie nic pewnie zdziwić, jeśli chodzi o Maryśkę. Zna ją przecież z wędrowania po kościele…

Janeczka pochwaliła się zeszytem do religii i dostała piątkę. Pewnie byłoby więcej, bo proboszcz się słusznie zachwycał, ale pamięta skalę tylko do piątki…

Tak czy owak – wiadomo o co mu chodziło i jest to dla Janeczki pierwsza ocena, wyrażona cyfrą, w życiu.

Maryśka za to zapewniła księdzu część rozrywkową. Przytargała nowe podkładki pod talerze z bałwankami i została za to przepytana z wszystkich elementów, które artysta wtrynił na owe dzieła.

Jak juz skończyła, a było tego trochę, ksiądz proboszcz zapytał:

„No to co mi jeszcze powiesz, Marysiu?”

Potworek zamyślił się głęboko…

„Nic jus nie powiem!” – wypalił – „ale za to zjobie tejaz dla ciebie siusiu i KUPĘ!!!”


No proszę. A wydawało się, że nic już nie jest w stanie zaskoczyć księdza proboszcza…

Mortadela

Dziś obiad „pod Janeczkę”. Matka nie ukrywa, że nie znosi tej wersji drugiego dania, ale starszy Potwór za to bardzo. Dlaczego?

W dawnym przedszkolu Janeczki mianowicie, nie podaje się mleka. Dyrekcja wie, że mleko podane rano nie wpływa na człowieka najlepiej a do tego mnóstwo dzieci mleka nie lubi, nie może i co tam jeszcze.

Na śniadanie dzieci dostają więc dekoracyjne kanapki i różne, wydawałoby sie dziwne rzeczy: np. żurek własnej roboty czy smażoną mortedelę. I jest to hit nad hity!

Nie ma kaprysów i zostawionych pełnych talerzy!

Janeczka zjadała tyle dokładek, ile kuchnia była w stanie jej zapewnić.

No to teraz Matka czasem z braku czasu i pomysłu kupi kawał mortadeli, choć woli nie wiedzieć, z czego ona jest…

Panieruje i smaży a Potwory są zachwycone!

I myślą, że to szczyt sztuki kulinarnej Matki.

Matce to się nie opłaca robić tych indyków, schabów ze śliwkami i innych pizdryków, bo i tak najpierw jest mortadela a potem długo, długo nic…

Kolęda

Dziś przychodzi ksiądz po kolędzie. Matka będzie znowu sama z Potworami, ale MiaUżon nie dojedzie za nic z innego miasta, żeby powitać księdza o przyzwoitej porze. Kolęda uzupełniająca odpada, bo jest w soboty a wtedy Matka ma szkołę.

Pozostało Matce prosić proboszcza, żeby przyszedł zaraz na początku, bo na 17.00 Matka jedzie do sanktuarium, w którym pracuje latem przy konserwacji malowideł ściennych. Odchodzi ojciec gwardzian, fantastyczny człowiek. Niestety już druga kadencja dobiegła mu końca i jeszcze chyba ciut, ciut, więc nie ma odwrotu. Chce się z nami pożegnać i zaprosił paru konserwatorów z ekipy, więc Matka nie pojechać nie może w żadnym wypadku.

Janeczka wie już, że trzeba wyciągnąć książkę do religii i pokazać, co w szkole robiła. Maryśka ma nadzieję na jakiś obrazek.
Z Maryśką i obrazkami to zawsze jakiś horror wychodzi, już od pierwszej kolędy…

Kiedy Potworek miał jakieś siedem miesięcy, zaliczył pierwszą wizytę duszpasterską. Pojawił się ksiądz proboszcz, człowiek starszy i szanowany, znający jakiś dłuższy już czas Matkę a wcześniej Matkę Matki.

Dał Janeczce obrazek, a dla Maryśki, podał Matce. Matka położyła obrazek na stół a Potworek natycmiast capnął.

Matka wyjęła z łapki Potworka nieco zmęczony obrazeczek i odłożyła na stół.

„A co ty robisz?”- oburzył się ksiądz – „toż daj jej ten obrazek. To jej!”

„Ja wiem, ze jej, ale ona go zje!” – Matka na to

„No to niech zje! Zresztą co ty mówisz- zje. No to wracając do sprawy…” – tu ksiądz proboszcz kontynuował wczesniejszą z Matką dyskusję.

Maryśka tymczasem uszczęśliwiona oglądała świety obrazeczek na wszystkie strony. Jak to niewiele takiemu małemu człowieczkowi trzeba…

Po chwili Matka spojrzała a ksiądz proboszcz zrobił się purpurowy na twarzy, chciał coś powiedzieć, ale z gardła mu nijak wyjść nie chciało. Matka przeraziła się nie na żarty. No tylko nie to! Nie teraz!

„Co sie księdzu stało?” – zapytała Matka z nadzieją, że ksiądz jednak zaskoczy.

Zaskoczył.

„Co, co, co , co ty zrobiłaś???!”- wykrzyknął

„Jak – co ja zrobiłam?” – Matka rozejrzała się zdumiona.

„No przecież, zobacz! Ona ZJADŁA cały ten obrazek! Otruje się!!!”

Matka odetchnęła. To o to chodziło…

„Nie otruje się , proszę księdza, nie ma obaw”

„A jak się nie otruje, to co?!” – ksiądz nie był ani trochę mniej przerażony

„Nooooo, jakby tu księdzu powiedzieć….” – próbowała wybrnąć z tego Matka – ” myślę, że zrobi tym obrazkiem kupę…”

„Zrobi? Aha…” – odetchnął ksiądz.


Po dwóch dniach znalezliśmy kawałeczki świętej w pampersie. Miała wianek na głowie i jeszcze pojedyncze kwiatuszki też się walały. Musi Potworek zeżarł świętą Dorotę…

Herbatka

Matka siedziała sobie w pracowni i malowała. Termin goni i nie ma zmiłuj się.

MiaUżon z Potworami kotłował się na dole. Co chwila Janeczka przybywała na górę w jakiejś sprawie wagi państwowej a Maryśka trzęsła piętro niżej zamknietą bramką. Warunki do pracy po prostu idealne. Wbrew pozorom do malowania też potrzebny jest święty spokój…

Matka postanowiła przemówić starszemu Potworowi wprost do serca, omijając przewód pokarmowy.

„Daj ty chwilę pomalować matce w spokoju, co?” – poprosiła z niezwykła delikatnością i elegancją.

„No dobra” – łaskawie zgodziła się Janeczka – „jakby coś to będę wołać”.

„Wołaj!” – ucieszyła się Matka, że tak dobrze poszło.

Janeczka zeszła na parter i po jakichś pięciu minutach zawołała spod schodów:

„MaMAAAAAAA! Chcesz herbatę?”

„Nie, dziękuję!” – ryknęła Matka.

„Ale zgódź się, bo ja się nauczyłam robić!” – Janeczka nie dawała za wygraną.

„No to zrób, potem wypiję!” – zgodziła się Matka.

Czy Janeczka dosłyszała, to Matka nie wie, bo z góry na dół głos jakoś spaść nie chce. Za to wszystko, co się dzieje na dole Matka ma jak pół metra obok.

Najwyraźniej nie dotarło nic do Janeczki, bo po kilku minutach znów zawołała:

„MaMAAAAAAAA! Zrobić ci herbaty?”

„Zrób, zrób! Mówiłam już!” – wrzasnęła Matka.

Słusznie się obawiała, że nic na dół nie dociera.

Matka namalowała kilka kresek, kiedy pędzel wypadł jej z rąk.

„MAMAAAAAAA!!!! Robię herbatę!!!! Zalać ci też?” -znów Janeczka.

„Mówiłam, że zalać! Nie słychać mnie?” – Matka zdarty głos już miała do cna. Sąsiedzi to wiedzą na pewno co kto u nas robi.

„Dobraaaaaa. Słychać!” – odkrzyknęła Janeczka

Matka już, już miała machnąć parę kresek kiedy z dołu doszło:

„MaMAAAAA! Ale owocową robię! Ty to chcesz owocową?”

„Matka pije tylko owocową! W dużym kubku!”

Zapadła wreszcie cisza. Potwory zajęły się czymś innym.

Kiedy zrobiło sie ciemnawo, Matka zeszła na dół, bo malować przy sztucznym świetle nie ma sensu.

Rzuciła okiem na blat kuchenny a tam wystawione wszystkie możliwe kubki.

„A przepraszam! A kto się bawił kubkami? I czemu tu wszystkie stoją?”

” Jak to??? To jest TWOJA herbata!” – oburzyła się Janeczka- ” Przecież co chwila zamawiałaś, no to ci robiłam…”

Ser

Maryśka obraziła się na MiaUżona. Za ser.

Ale od początku.

Janeczka z Maryśką mają uczulenie na produkty mleczne. Matka wyrywa sobie kłaki z głowy, bo nie może zaserwować żadnych serków homo, budyniu, lodów, leniwych i wielu, wielu innych rzeczy. Nieważne. Inni mają dużo gorzej.

Pewnego dnia MiaUżon robił sobie kanapki z żółtym serem. Ukroił kawałek i usłyszał, że dzwoni telefon. Kiedy wrócił – sera nie było a Maryśka siedziała bardzo zadowolona z przylepionymi kawałeczkami sera naokoło paszczy.

Skończyło się tylko na małej wysypce i katarze, no i ogromnej miłości Potworka do sera.

Kiedy kilka dni później MiaUżon ponownie wyciągnął ser, Maryśka pojawiła się jak duch i czekała na okazję.

Okazja nie przybywała.

Maryśka postanowiła zadziałać.

„Daj mi kawajek seja!”- poprosił Potworek.

„Nie mogę! Pamiętasz, jaką miałaś okropną wysypkę.”

„Nie miajam. Daj!”

„Nie dam i już!” – MiaUżon poszedł w zaparte.

Potworek nadął się, usiadł na kanapie, oczy spuścił i łypie co jakiś czas.

MiaUżon udawał, że nie widzi, ale ciekaw był bardzo, jak dlugo Potworek wytrzyma. Okazało się, że długo. Siedział i ani drgnął.

MiaUżon zrobił kuleczkę z kawałka folii aluminiowej i rzucił w Maryśkę. Odbiła się i wylądowała na podłodze.

Podniósł i jeszcze raz rzucił. A nuż Potworek nie wytrzyma i się uśmiechnie?

Maryśka tymczasem spojrzała z oburzeniem i zapytała:

„A ty, psepjasam, co? Taki DUZY i w dziefcynkem …kujkami beńdzies zucał?”


I, przepraszam co? Nie miała racji?

Rozterki

Janeczka wróciła ze szkoły i przyszła do pracowni z miną mocno niewyraźną.

Wczoraj – pełnia szczęścia. Janeczka nabyła drogą kupna w szkolnym sklepiku chipsy, w których był tak zwany skoczek. Skoczek wygląda jak maleńkie pół piłki. Przykleja się go do czegoś gładkiego a on po chwili wyskakuje do góry, jak z procy. Ogólnie rzecz ujmując – służy do niczego i dlatego jest takim wielkim obiektem mrocznego pożądania…

Janeczka miała więc fioletowego skoczka ze swojej paczki i prezent – czarnego, większego od skoczka Agatki. Czemu Agatka dała Janeczce swojego – nie wiem. Prawdopodobnie ze względu na małą atrakcyjność albo zdublowanie koloru. Matka nie wnikała za bardzo, upewniła się tylko, czy to aby na pewno prezent. Potwór zaklinał się, że tak.

Dziś – czarna rozpacz. Janeczka nabyła drogą kupna znów chipsy, aż dwie paczki. Nikt poza nią nie kupował. Na szczęście dzieli się z koleżankami, ale coś z tym muszę zrobić. Tyle tylko, że to chyba niewykonalne.

Do rzeczy – w chipsach był jeden skoczek, duży i biały. Janeczka pobawiła się nim i włożyła do kieszonki w teczce.

Po jakimś czasie w kieszonce, zamykanej na suwak nic nie było, za to Agatka bawiła się białym skoczkiem.

Janeczkę zatkało, nic chyba nie powiedziała, bo do głowy by jej nie przyszło, że coś takiego można by zrobić.

Przyszła za to rozżalona…

Matka ma teraz dylemat. Nie ma ŻADNEGO dowodu na to, że Agatka wygrzebała skoczka z teczki Janeczki. Może pożałowała wczorajszego prezentu i postanowiła go sobie odebrać w innym kolorze? Brak danych.

Matka poradziła Janeczce nic nie mówić, bo przecież takimi posądzeniami można – całkiem możliwe, że Bogu ducha winną dziewczynkę – bardzo skrzywdzić.

Ma tylko Matka niepokój w sercu, czy nie będzie tak dalej. Pewnie będzie. Jak świat światem będą dzieci, którym wydaje się, ze można zabierać czyjąś własność.

Matka sama pamięta, jak często w kieszeni płaszcza nie znajdowała biletów na autobus albo drobniaków, bo ktoś je „pożyczył”

Człowiek chciałby uchronić dziecko przed takimi przykrościami, ale to jest beznadziejna sprawa…

Może lepiej przyzwyczaić małą osóbkę do radzenia sobie ze swoimi rozterkami i dyplomatycznego załatwiania takich spraw?

Gwiazda domowa

Wczorajsza wizyta koleżanki spowodowała trochę zamieszania w domu Matki. I to z zupełnie nieoczekiwanego powodu…

Koleżanka jest bowiem logopedą i od września pracuje w szkole nieopodal Matki domu. No, może raczej opodal, bo jakeś półtora kilometra jest. Nie jest to szkoła, do której chodzi Janeczka, ale to już inna para kaloszy.

Koleżanka przyszła i mówi do Matki:

„Ty masz pojęcie? Wchodzę dziś do szkolnej biblioteki i patrzę – a tam piękny, ogromny kalendarz, wydany przez Tratatata (i tu padła nazwa Ogromnych Zakładów z Matki miasta, które znane są w całej Polsce i na świecie).”

W tym momencie Matka popatrzyła na koleżankę dziwnie, bo co jak co, ale o kalendarzach mamy gadać?

Ale koleżanka zgrabnie ominęła tor spojrzenia Matki i ciągnęła dalej, niczem Rudy 102:

„I wiesz? Taki ładny rysunek dziecięcy był na styczniu, no to podeszłam i patrzę – a to rysunek Janeczki!!!”

Matka z MiaUżonem padli.

A potem z lekka im się przykro zrobiło.

Ale od początku.

Janeczka, będąc w przedszkolu, wzięła udział w konkursie ekologicznym, sponsorowanym przez miasto i owe Zakłady. Przedszkole wybrało rysunki i wysłało je na konkurs.

Janeczka pokonała konkurentów z wszystkich przedszkoli i klas 1-3. Gazeta nawet napisała „Przedszkolak górą!”.

W nagrodę Potwór dostał dziecięcego, niebieskiego laptopa. Taki trochę zabawkowy z ekranikiem wielkości dwóch pudełek zapałek, ale zawsze to ładna nagroda.

Pewnie Zakłady w regulaminie konkursu zastrzegły sobie prawo do bezpłatnego publikowania pracy. Bez dwóch zdań.

Ale czy nie mogły – mając wszelkie dane osobowe – dać jednego kalendarza do przedszkola i drugiego dla Janeczki…?

Czy tak się nie robi?

Matka sobie załatwi ten kalendarz. Bez łaski.

Ma kolegę, który tam pracuje. Zdejmie jej ze ściany i już.

Tylko nie o to Matce chodzi…

Matka elegantka

Matka wczoraj wykonała rzut na taśmę. Najwyższy wysiłek w niewysłowionej swej uprzejmości.

Musiała ogarnąć pracownię, bo trzeba było wypić w niej kawę z koleżanką.

Matka to w pracowni ma przepiękny stół. Politura, wygięte nogi, elegancja – francja. Okazało się, że jedyne, co z niego widać, to nogi i to nie całe. Bo zarówno Matka, jak i MiaUzon zwala na stół wszystko, co się napatoczy na dole.

Matka to już nawet przestaje doprowadzać pracownię do kultury, bo jak tylko poupycha w schowkach masę rzeczy, to MiaUżon z dziką radością przynosi kilka kartonów i stawia na środku. Żeby przytulniej Matce było.

A Matka stopjących kartonów to ma dostatek. Jakieś trzysta książek do sprzedania, oddania – i to już tak czeka jakieś cztery lata.

Zagruntowane płótna, do połowy namalowane obrazy, wielka sztaluga, na której niektóre formaty się nie mieszczą.

Walające się bardzo kontrolowanie farby i szmata na podłodze. Szmata najważniejsza, cała w różne kolorki. Bez szmaty to obrazu nie namalujesz, za nic…

I to wszystko Matka musiała posprzątać i teraz nic, kompletnie nic nie może znaleźć!

Do tego wszystkiego Matce ciągle spadał jakiś pakunek MiaUżona, owiniety w folię. Spadał spod sufitu jak zwykle. Matka ciągle go upycha. On wali się Matce na łeb. Matka znowu go wsadza i tak w kółko. Co rano przyjdzie, to on leży na podłodze. Cholery Matka z tym dostanie!

I Matka w końcu zablokowała go wazonem na amen i zlazła na dół.

Chciała napisać coś na pracę zaliczeniową na kursie, więc wyciągnęła zeszycik, z którego wypadło mnóstwo różnych kartek i karteluszek, koszulek foliowych i innych dziadów. W ogóle Matce źle się pisze, bo galopują bardzo a w zeszycie to się człowiek zanim rozmacha, to już trzeba przewracać kartkę.

I Matka się użaliła MiaUżonu, że różne młode panienki mają jakieś poważne organizatory, czy jak to się nazywa, chyba nie tak, do pisania a Matka zeszycik. No obciach.

I MiaUżon pomyślał ciężko i nagle bang!

„Wiesz” – mówi – „ja to kiedyś dostałem w prezencie od firmy, jakieś trzy lata temu, taki piękną, skórzaną aktóweczkę. Kółeczka w środku do wpinania, miejsce na blok A4, wizytówki, no bajka po prostu.”

Matce zaświeciły się oczy. No padną wszyscy…

„I co? I dasz mi?”

„No pewnie, ja tego w ogóle nie używam!”

„Ale pewnie musisz to przywieźć dopiero z pracy?” – nieśmiało zapytała Matka.

„Nieeeee. Wsadziłem od razu na półkę w twojej pracowni. Taka paczka w folii, może rzuciła ci się w oczy? JAKBYŚ ZNALAZŁA to możesz sobie wziąć…”