Maryśka na spacerze z nianią, spotkała swoją, młodszą o miesiąc koleżankę. Ola mieszka nieopodal i była do niedawna źródłem kompleksów dla Matki, bo mówiła wcześnie i ładnie. Teraz już to się, oczywiście wyrównało.
Może Matka z kompleksami to trochę przesadza, bo Janeczka w sumie mówiła jeszcze wcześniej i przprawiała o zawrót głowy lekarki w szpitalu.
Pytały się Matki zawsze:
„To ona już tak ładnie mówi???”
A dla Matki było normalne, że roczna Janeczka naśladuje wszelkie zwierzaki i nazywa wiele rzeczy po imieniu. Ba, tworzy zdania z trzech wyrazów.
O co paniom lekarkom chodziło, zorientowała się dopiero przy Maryśce, która mówiła dużo później, bo i tak wszyscy wiedzieli o co jej chodzi.
O czym to Matka chciała napisać? Aha. O spacerze.
Niania z Maryśką i Ola ze swoją mamą poszły na spacer do lasu. Spotkały sąsiadkę, która spacerowała ze swoją wilczycą Sarą – bardzo sympatycznym psem.
Panienki widywały się z psem do tej pory jedynie przez płot, więc ucieszyły się niezmiernie na widok czworonoga na wolności.
Używając wszelkich dostępnych w systemie decybeli Maryśka wykrzyknęła radośnie:
„Saja! Saja!”
Ola natomiast jeszcze głośniej:
„Sała! Sała!!!”
Sara wywaliła ślepia, bo już kompletnie nie miała pojęcia, jak się nazywa.
A niania potem powiedziała, że jeszcze nie widziała tak szybko uciekającego psa…
Przyjaźń
Matka swojego czasu zapytała znajomego i bardzo normalnego zakonnika, co sądzi o przyjaźni. W szczególności, czy jest coś takiego, jak przyjaźń kobiety i mężczyzny.
Chłop się okropnie wystraszył, do czego Matka zmierza i trzeba było go uspokajać. Do tego wszystkiego wykręcił się od odpowiedzi.
Czemu?
Matka pomyślała sobie wtedy, że sprawa rzeczywiście jest trudna.
Samo pojęcie przyjaźni już chyba znaczy trochę co innego, niż kiedyś. Dawniej Matka miewała przyjaciółki. Przynajmniej tak mówiła o bliskich koleżankach. Dziś chyba o nikim nie odważy się powiedzieć – przyjaciel. No, prawie nikim. Bo to słowo zobowiązuje.
Teraz miewa się znajomych, kumpli, kolegów.
Kiedyś przyjaciel to był ktoś, do kogo można było wpaść bez uprzedzenia. Pogadać o wszystkim. Ponarzekać. Poradzić się. Być pewnym, że nie powie nic dalej.
Czy teraz można tak ot, sobie wpaść do kogoś na kawę?
Jesteśmy tak potwornie zabiegani, że bez telefonu uprzedzającego to praktycznie niemożliwe. Ba, nietaktowne wręcz! To już nie czasy, kiedy człowiek wracał po 15.00 do domu, robota zostawała poza domem, dzieci wychodziły tylko na religię, czasem niektóre na angielski czy do szkoly muzycznej. W domu się było a nie bywało.
Teraz człowiek ma wieczny zakład taksówkowy, jeździ tu, tam, przywozi, odwozi, przynosi do domu papiery, siedzi po nocach. Szuka pracy albo wylatuje z pracy, albo kurczowo trzyma się jej, bo zawsze można wylecieć.
Nerwy, nerwy, nerwy.
A jak się komuś wypłacze, to jeszcze usłyszy potem, że obrobiono mu pewną część ciała wielokrotnie, bo już wszyscy wiedzą…
Bo każdy jest tak zestresowany i pędzący, że odreagowuje oplotkowując innego…
Matce wydaje się też, że w związku z tym stresem związanym z niepewnością o dzień jutrzejszy – nastawieni jesteśmy bardziej na siebie. Ja, moje, mnie! A ty jesteś mniej ważny i mogę zniszczyć twoją wolność, bo to JA mam mieć dobrze.
Rety…
A przyjaźń kobiety i mężczyzny?
Matka sądzi, że jest możliwa. Tyle tylko, że otoczenie zaraz dorabia do czegoś takiego dalszy ciąg.
I Matka sądzi, że jest trudna. Do akceptacji przez najbliższych. Czy Matka chciałaby, żeby MiaUżona przyjaciółka zwierzała mu się z różnych najskrytszych rzeczy? I MiaUzon wtedy – co oczywiste – miał przed Matką tajemnice?
No pewnie by nie chciała. I jeszcze jak Matce by donoszono, że to i tamto. Bo teraz wszystkim wszystko się kojarzy. Z automatu.
I naszym życiem sterują czasem nie nasze chęci, ale świadomość tego, że ktoś będzie gadać i to może mieć dla nas takie, czy inne konsekwencje.
Kto przez jęki Matki przebrnął, świętym jest.
Matka jeszcze jedno doda. W tym zabieganym świecie Matka za przyjaciela uważa kogoś, z kim nawet może widzieć się zaledwie raz na rok, ale może z nim naprawdę porozmawiać.
I wie, ze nie musi go prosić o zachowanie tajemnicy.
I ten ktoś też to wie.
Przyjaciel nie musi fizycznie pomagać.
Przyjaciel dla Matki to ten, który JEST.
Jest przy człowieku.
Takie proste i takie trudne zarazem…
Wydatki
Matce udawało się przez dwa dni nie wyłazić z domu. Dopiero dziś to zauważyła…
Jakoś tak wyszło, że w porze odbierania Janeczki, MiaUżon przejeżdżał koło szkoły i ją podrzucał do domu a Matka mogła dłużej sobie pomalować.
Niepocieszona była tylko Maryśka, ale Matka z nią i tak jeździ naokoło, bo inaczej drogo ją to kosztuje. Potworek bowiem przepada za jeżdżeniem w wózku, w hipermarkecie i nie ma mowy, żeby nie zauważył Tesco, kiedy mignie w oddali. I powiedzieć Matka musi, że jest grzeczny i bezproblemowy. Na razie…
Matka co prawda wpada do sklepu i wypada, ale niezależnie od tego, czy jest to 10 minut, czy 15, wydaje za dużo pieniędzy.
Teraz więc zatarła rączki, bo niewychodzenie w domu przełożyło się bezpośrednio na stan konta i zawartość portfelika! Nie wspominając o ilości gazu w samochodzie.
Ale dziś Matka musi pozałatwiać kilka spraw, więc przyspieszyła z malowaniem. Chciała też przygotować papierzyska różne i torbę, więc wywaliła z niej dwa i pół tysiąca zalegających paragonów i kwitków z bankomatu.
Chciała też przejrzeć w tym celu portfelik, ale okazało się to być niepotrzebne.
MiaUżon wywalił paragony i poczęstował się gotówką.
I nie wychodź tu człowieku z domu!!!
Toć Matka to już woli wyjść i mieć z tego wydawania pieniędzy jakąś przyjemność!
Bo, jak widać i tak znikają…
Ręce opadają
Janeczka dzis rano miała pełne ręce roboty. Własciwie to nawet nie roboty, choć jakąś pracę wykonać musiała. Straszliwą.
Zabrała mianowicie do szkoły niedźwiedzia i psa a MiaUzon podążył za nią wściekły z tornistrem.
Kto się będzie przejmował teczką, w końcu dodatek to jest, czyż nie?
Niedźwiedź, jak niedźwiedź, ale z psem to mieliśmy w sobotę, oj, mieliśmy…
Bo Matka to jest nienormalna. Zarzeka się i zarzeka a potem idzie do McSzczurów i kupuje zestaw Happy Meal. A, że Matsa jeszcze też była, to Matka wróciła do domu z dwoma psami, co je reklamowali w telewizorni.
Psy sa maleńkie, mniejsze od kurczaka co dopiero wylazł ze skorupki. jeden szary, drugi beżowo-brązowy. Brązowy jest dodatkowo większy od szarego.
Matka niewiele mogła zobaczyć przez woreczek, bo papier dodali większy od maskotek, ale doszła do wniosku, że brązowy pies ze względu na ciekawsze ubarwienie i wielkość usatysfakcjonuje Janeczkę.
Dzieci ucieszyły sie ogromnie.
Wykonały rzut okiem na psy.
Maryśka bez szczególnego entuzjazmu a Janeczka z ogromnym.
Ogromnym…dopóki nie zobaczyła psa Maryśki.
„Ja NIE CHCIAŁAM tego! Chciałam drugiego!” – rzuciła psa na stół.
Matce nie chciało się kłócić.
„Dobrze, to zamieńcie się.” – próbowała załagodzić sprawę
„TERAZ to ja nie chcę!” – nadęła się Janeczka
„I w ogóle to specjalnie dałaś jej ładniejszego!” – wytoczyła kolejny argument.
Matce odechciało się przerw w McSzczurach na długo…
Janeczka śpi ze swoim psem. Już JEST odpowiedni.
Czemu wcześniej nie był?
Bo to, co Maryśki wydaje jej się lepsze…
Kiedy ta mała zazdrośnica wyrośnie?
Bo Matka to już traci czasem nadzieję.
Próbowała dawać jej kiedyś dwie rzeczy do wyboru. Janeczka wybierała i wybierała. Nie mogła się zdecydować. W końcu coś brała. Za chwilę zamieniała.
Bo pozostawał ciągle jeden problem:
Maryśka, cokolwiek nie wybrałaby Janeczka, zawsze miała CO innego…
Matka boi się myśleć, że to samo może ją czekać z Potworkiem.
Na razie Maryśka jest trochę inna.
Więc Matka łapie się tej nadziei, jak brzytwy…
Dyplomacja?
Maryśka doprowadzi nas do rozpaczy pchaniem się w każdą dziurę. No bo czy to jest normalne, że dorabia się w domu, do niemal każdych drzwi wewnętrznych, zamki?
Na schody bramki i drzwi, klucze, szafki na wichajstry, jak już klucza za nic się wsadzić nie da.
I wystarczy chwila nieuwagi a Potworek się natychmiast bezszelestnie upłynnia…
Odpływa jak żaglowiec, czasem skrzypnie bramka albo pluśnie sok w kubeczku. Tylko łopotu żagli nie słychać…
Najgorzej, kiedy MiaUżon wychodzi po coś do piwnicy. Na przykład po drewno do kominka, a wtedy otwiera drzwi pod tarasem i wieje zimno, że aż strach.
A Potworek biegnie, jakby w ogóle o tym nie wiedział!
I na nic przemowy, prośby i groźby. Że do piwnicy nie ma poręczy, albo jest, ale Maryśka OCZYWIŚCIE z niej nie korzysta.
Idzie i asystuje MiaUżonowi a ten zgrzyta.
Z piwnicy dochodza krzyki, pacyfikowanie Potworka, ten wraca i zaraz znowu się upłynnia, makabra!
Ostatnio Matka przeprowadziła z Maryśką poważną rozmowę i postraszyła uruchomieniem bezpośredniego kanału komunikacyjnego przez skórę.
No bo Matka widzi, jak Maryśka spada ze schodów. Jak wózek u Eisensteina.
A tymczasem Potworek po raz kolejny się upłynnił.
Z całą świadomością, co go czeka!!!
I zrobił wszystkich w balona…
Zszedł po cichutku do piwnicy za MiaUżonem, który z zapałem grzebał w kominkowej brzozie…
I donośnie zawołał z daleka:
„Ty siem tatujku tyjko nie denejejwuj!!! Ja ci idem WYŁONĆNIE dać wiejkiego buziaka!”
No i co?
Dyplomatka jedna…
Strachy
Matka patrzyłam sobie dzisiaj raniutko, jak MiaUżon wystawia hopla z podjazdu. Bo u nas to jest tak, że hopel Matki śpi na stromym podjeździe a w garażu pojazd MiaUżona stoi. Czyli wyprowadzanie samochodu Matka ma z głowy, bo nijak się tego manewru inaczej przeprowadzić nie da, jak zrobić miejsce do wyjechania.
Matka znowu wpadła w jakieś dygresje.
Już wraca.
I kiedy Matka zobaczyła wyjeżdżającego, białego hopelka z czarnymi tablicami to ją ścisnęło w sercu tak okropnie, że aż sobie coś przypomniała. A może raczej sobie przypomniała i stąd takie uczucie.
Matka chodziła kiedyś do szkoły muzycznej. Zdarzało się, że czekała długo na autobus i spotykała swojego Ojca, który wracał z pracy. Ojciec wyciagał wtedy białego, dużego Fiata i odwoził Matkę na zajęcia. A potem musiał kawałek podjechać dwupasmówką i zawrócić i Matka stała i patrzyła za samochodem. Tak odruchowo.
I kiedyś Matka zobaczyła, że Ojciec siedzi po prostu w białej blaszanej puszce i każda ciężarówka może go zgnieść na marmoladę.
I Matkę wtedy po raz pierwszy ścisnęło za gardło.
Strach, że nasze życie nie jest w naszych rękach i byle oszołom za kierownicą może je uciąć, tak raz-dwa.
A jak po kolei poodchodzili wszyscy z rodziny, to Matka już zupełnie od zmysłów odchodzi.
I woli nie wyobrażać sobie nic, kiedy MiaUżona nie ma w domu do późnej nocy.
Kiedy Janeczka jedzie na szkolną wycieczkę.
Nawet kiedy jeździ przed domem na rowerze.
I Matka zawsze sobie już myśli, kiedy kogoś żegna, zwłaszcza starszego – czy go jeszcze zobaczy…
Czy to Matki tak mają?
Czy ci, którzy zostali już sami, bo nie ma rodziców i rodzeństwa?
Bo Matka nie biadoli, nie biega z kąta w kat i nie robi pogadanek.
Matkę tylko niepokój zżera…
A może to skutek zalewania nas coraz wiekszą liczbą ZŁYCH informacji?
Czy Wy TEŻ tak czasem macie?
Alpinistka
Wieczór jak wieczór. Kąpiel Potworów, jak zwykle.
Janeczka sama dawno już załatwia sprawę, Maryśkę oczywiście trzeba wypluskać.
Matka zwykle napuszcza do naszego głębokiego brodzika sporo wody z płynem i Potworek szaleje. Najlepszą zabawą ostatnio, jest mycie kabiny prysznicowej nową gąbką Matki.
Matka nie musi mówić, że wdzięczna jest Potworkowi bardzo…
Dziś jednak Matka wsadziła łeb do brodzika i sprawdzała czy woda jest już wystarczająca ciepła, a Maryśka próbowała się rozebrać. Wydawało się, że wszystko jest w porządku, bo cała czynność zabrała Matce nie więcej niż trzy sekundy.
I wkroczył do łazienki MiaUżon.
I nastapił strzał natychmiastowy i spojrzenie złowieszcze rzucono Matce. Strzał Potworkowi w pupę, oczywiście.
Bo Maryśka przez te trzy sekundy bezszelestnie wlazła na sedes, potem na spłuczkę i po naszym wielkim drabinkowym grzejniku wlazła pod sam sufit…
Matka nie wie, co ten mały Terminator jeszcze wymyśli…
Znów gady
Co chwila Matka się tłumaczy, że pisze więcej o Maryśce, niż o Janeczce. Ale to przez to, że teraz Maryśka jest w kapitalnym okresie, który Janeczkę zupełnie ominął.
Nie było seplenienia, tylko „l” zamiast „r”. I mądrości Maryśkowych nie było, bo Janeczka zaczęła gadać wyjatkowo wcześnie i dobrze. Cały czas z MiaUżonem łapiemy się na tym, że mówimy:
„Janeczka to taka nie była…”
Ale kilka wejść miała.
I w związku z wczorajszą lekcją o wężach Matce się przypomniało…
Trzyletnia, może trzyipółletnia Janeczka wróciła z przedszkola. Przedszkole było i jest świetne, dzieci miały tam mnóstwo ciekawych zajęć i fantastyczne wychowawczynie.
Potwór zawsze zdawał nam szczegółowe relacje (dziś trudno w to uwierzyć, kiedy dusi w sobie każdą nowinkę ze szkoły…).
Pojawił się pewnego dnia jak duch prze Matką i mówi:
„Mama? Dziś mieliśmy zajęcia o wężach!”
Matka bardzo się zainteresowała, czegóż to mogą się uczyć dzieci w grupie maluchów o wężach.
„I wiesz, mama? Węże to się dzielą na dwie grrrrrupy”
Janeczka, odkąd nauczyła się mówić „r”, zawsze uzywała go wielokrotnie.
„Taaaak? A jakie to grupy?” – próbowała zagrzebać w pamięci Matka
„No co ty, nie wiesz?” – zdziwiła się Janeczka -„ DUŚNIKI I TRRRRUJĄCE„…
Na zamówienie – biszkopt z serowym wsadem
Na zamówienie Iksińskiej biszkopt niezawodny. Od siebie dodaję przepis na wsad własnego pomysłu. Całość nazywa się
Biała Dama – biszkopt z serowym nadzieniem
Składniki
Biszkopt
6 jajek
1 szklanka maki tortowej
1 budyń waniliowy na 3/4 szklanki mleka albo 2 budynie na 1/2l
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1 szklanka cukru
aromat waniliowy
szczypta soli
Papier do pieczenia – koniecznie!
Wykonanie:
Nastawić piekarnik na 180 stopni, ciasto robi się szybko a nie może czekać, więc można zacząć robić, jak już naciągnie do około 100-120 stopni. Wyłożyć dużą, prostokątną blachę papierem.
Ubić bardzo sztywną, aż śnieżonobiałą, pianę z białek (można mikserem)z odrobiną soli.
Następnie po jednym dodawać żółtka, ciągle ubijając.
Potem stopniowo dosypywać cukier.
Odłozyć mikser, nie bedzie juz potrzebny.
Na wierzch wsypać mąkę i budyń z proszkiem do pieczenia. Dodać aromat.
Przemieszać delikatnie łyżką tylko do momentu, kiedy składniki się połączą i wyłożyć na blaszkę. Wyrównać i do gorącego piekarnika.
Ja zwykle po około 20 min. wyłączam górną grzałkę, żeby za bardzo się nie zrumieniło i dopiekam kolejne 20 minut na samej dolnej. Ale różne są piekarniki, różne blaszki itp. Trzeba być czujnym. Tego biszkoptu nie da się zmarnować.
Kiedy ostygnie selikatnie wyjąć, oddzielić od papieru i przekroić na dwie części. Przełożyć masą serową albo dowolnym kremem. Co kto lubi. Na wierzchu można rzucić przesmażony kokos.
Masa serowa
Składniki:
1 kg zmielonego sera (może być taki z kubełka, folii albo własnoręcznie zmielony – ale uwaga – nie homogenizowany!!!)
pół kostki masła lub margaryny
3 jajka
20 dkg cukru
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1/2 szklanki mleka
aromat cytrynowy
Wykonanie:
Utrzeć masło mikserem, stopniowo dorzucać żółtka, cukier, ser, pianę z białek (ja chyba się nie bawię i daję całe jajka) i aromat. Zakręcić tyle o ile i ogrzewać na małym ogniu, aż zacznie pyrkać. Cały czas dobrze mieszać, najlepiej drewnianą łyżką, żeby się nie przypaliło. odstawić z ognia, dodać mleko z mąką ziemniaczaną i ponownie podgrzewać, aż znowu popyrka i zgęstnieje.
Przestygnięty biszkopt posmarować masą serową (gorącą), zostawiając kilka dosłownie łyżek do przesmarowania wierzchu (tylko tyle, żeby sie kokos „przylepił”. Teraz szybciutko robimy kokos:
Posypka kokosowa
Paczka 15-20 dkg wiórków kokosowych
2-3 łyżki masła albo margaryny twardej
2 łyzki cukru
Wykonanie:
Rozpuścić masło na patelni, dodać cukier i wiórki i ogrzewać, cały czas dobrze mieszając. Po kilku minutach wiórki zaczna się nagle rumienić, wtedy mieszać szyciutko, żeby w miarę równomiernie się zazłociły. Nie całkiem, tylko tak na końcówkach, żeby kolor zmieniły z białego na kremowy.
Wysypać gorące na wierzch ciasta, wyrównać i lekko docisnąć ręką.
Gotowe.
Ze względu na ser, ciasto należy przechowywac w lodówce.
Gad
Matka wracała wczoraj , jak zwykle, z Janeczką ze szkoły samochodem.
I znowu, jak zwykle, zapytała Janeczkę, jak tam było w szkole.
„Normalnie, jak miało być?’ – mruknął Potwór
„No ja mam nadzieję, że normalnie, ale ty mi powiedz co , na przykład robiliście na lekcjach”
Janeczka bardzo lubi takie pytania. Wywróciła oczami i zajęczała, aż zatrzęsły się szyby.
„No dobra! Jak już tak chcesz wiedzieć, to mówiliśmy o wężach!”
I tu miała pecha, bo Matkę to zainteresowało dużo bardziej, niż na przykład ostatnio przerabiane „rz”.
„No to powiedz mi, co o tych wężach było?”
Janeczka wzruszyła ramionami.
„Nie było o samych wężach. Myśmy mówili tylko JAKIE występują węże”
Matka za wszelką cenę starała się sobie i Potworowi udowodnić, że interesują ją węże. No bo to prawda.
„To ja chętnie posłucham jakie”
Potwór zazgrzytał z tyłu, bo najwyraźniej zajęty był podziwianiem jakichś chaszczy za oknem, ale Matka nieustępliwa była.
„No gniewosz plamisty jest, na przykład”
Uuuuu, z grubej rury… Zaczęło być bardzo ciekawie.
„I jakie jeszcze?”
„Nooooo, żmija zygzakowata, zaskroniec i padalec”
„Padalec był w książce jako wąż? Przecież to jest jaszczurka!”
„Pani coś mówiła. Czekaj, bo mylisz mi!”
Matka posłusznie zamknęła paszczę.
„Jeszcze był jeden taki, zaraz, zaraz, na F !”
„Fyton?” – podsunęła uprzejmie Matka
„Nie, no coś ty, co ja nie wiem?”- wkurzyła się Janeczka
„Fobra?” – nieśmiało zapytała Matka zza kierownicy.
„Ojeju!” – warknęła Janeczka. Kombinowała jak nie wiem co.
„Wiem!” – Matka to jednak złośliwa bestia jest – „fszechotnik!”
„Och, nie, nie, nie! Zaraz sobie przypomnę!”
Janeczka przeszukiwała wszystkie foldery.
Nagle oblicze Potwora rozjaśniło się i wrzasnął radośnie:
„Mam! Mam! To wąż Eskulapa…”